Uncategorized

Gdybym się urodził przed stu laty, byłby ze mnie introligator

Posted by admin on

Czasami przychodzi mi to zdanie na myśl, ale nie zastanawiam się wtedy, jaki miałbym zawód, ale jak wyglądało miejsce, w którym jestem.

Rozkładam delikatnie stary dokument. Papier łamie się, jest sklejony. Staram się go rozdzielić bardzo powoli nożem. Niestety jest jakby zrośnięty i nie wszędzie odchodzi, kruszy się przy delikatnych ruchach. Zdmuchuję i ścieram ściereczką z mikrofibry grudki starej pleśni. W końcu moim oczom ukazuje się zwartość. Właściwie najważniejsze informacje są widoczne. Stanisława Pięciak wykupuje ubezpieczenie na wypadek śmierci jej męża (?) – Wojciecha, który przebywa w niewoli. Pieniądze będą wypłacone, gdyby zmarł w ciągu roku. Jest rok 1916 lub 1918. Górną część daty zjadła mysz.

Następny plik papierów to mały notesik, również rozpadający się w rękach, być może zakupiony gdzieś na drugim końcu świata (w Nowo-Sybirsku?). Autorem jest Wojciech Pięciak. 28 czerwca 1919 w Nowosybirsku otrzymał legitymację inwalidy wojennego Wojsk Polskich („ważną tylko na Nowo-Nikołajewsk” – tak nazywał się Nowosybirsk do 1925 r.). Za rok dopiero miał dotrzeć po długiej podróży przez 13 mórz – do Polski, tego też dowiadujemy się z owego notatnika. Z „Ubezpieczenia wojennego” wiemy, że urodził się w 1879, czyli będąc inwalidą wojennym w Nowo-Nikołajewsku miał już 40 lat. W c.k. dokumencie jest też informacja, że już 19 kwietnia 1916 (1918?) przebywa „w niewoli” (carskiej?). Jakiego stopnia się dosłużył? Nie wiadomo. W jakich formacjach służył? Być może da się tego dojść, wiadomo, że jego statek dobił do Gdańska „wszamo Boże Ciało”, tj. 3 czerwca 1920 r. Tak więc nie była to Brygada Syberyjska, która dotarła 1 lipca do Gdańska, chyba, że jakiś wcześniejszy transport?

Trasa ich podróży była długa. Z Nowo-Nikołajewska, który znajduje się mniej więcej w środkowej Rosji, nie kierowali się na Zachód, do Polski, tylko na Wschód. Tam dopiero przez Morze Japońskie, Ocean Indyjski i dalej, wokół Hiszpanii, wpłynęli na Morze Bałtyckie – gdzie wreszcie przybili do portu w Gdańsku.

W notniku są jeszcze jakieś druki rosyjskie (niewypełnione), inne zapiski. Notatnik początkowo służył chyba notowaniu pożyczek. Później zapisane są jeszcze nazwiska i adresy kolegów.

Ostatni dokument, najwcześniejszy. Rok 1911, Austro-Węgry, Galicja. Wojciech Pięciak jest uprawniony do głosowania w wyborach „do Izby deputowanych Rady Państwa”. Dokument to Karta legitymacyjna, uprawniająca go do głosowania, do niej załączona była „karta głosowania”. „Wybór odbywał się” w urzędzie gmin, 13 czerwca 1911, w godzinach od 15 do 17. i były to wybory do parlamentu XII kadencji Rady Państwa w Wiedniu (odbyły się dwie sesje tej kadencji, pierwsza od 1911-1914 i druga 30 maja 1917 – 12 listopada 1918).

Pytanie, jakież to nazwisko mogło być na karcie do głosowania, prowadzi do czerwcowych wydań Gazety Lwowskiej.

W Gazecie Lwowskiej z 17 czerwca 1911 jest taka informacja:

a 21 czerwca notka dotycząca okręgu 50., w którym głosował Wojciech:

Czy Wojciech głosował na ludowca Jana Stapińskiego, który ostatecznie dostał się do wiedeńskiego parlamentu? …

https://www.youtube.com/watch?v=7F8njkvbsj4

 

Uncategorized

Dwór w Niebylcu

Posted by admin on

Przykład tego, jak wiele rzeczy wymyka nam się w rąk, po prostu ucieka między palcami i znika w odmętach dziejów. Ten drewniany dwór jakimś cudem przetrwał do naszych czasów i to w całkiem niezłym stanie. Znajduje się w Niebylcu na uboczu, na terenie dawnego PGR-u. Dawniej był to pewnie folwark. Natomiast dwór należał do właścicieli Niebylca od wieków (wielokrotnie przebudowywany). Zdaje się, że dolna kamienna część pamięta jeszcze czasy renesansu (XVI w.), więc stał tutaj jeszcze dwór należący do jednych z pierwszych właścicieli miasteczka. Może niekoniecznie samych założycieli (założyciel był dziedzicem Jawornika), ale ich niedalekich następców. Górna część, tj. drewniana, pochodzi może z XIX w.

Mieszkamy w okolicach Niebylca już od 2 lat, ale na informacje o tym dworku natknąłem się dopiero wczoraj, przypadkiem, szukając czegoś o nagrobku stojącym obok kościoła w Niebylcu (z niewyraźnego napisu dało się na nim odczytać coś o Konfederacji Barskiej w 1768 (tu jest więcej na ten temat: Nagrobek Kajetana Junoszy Łempickiego). Kajetan Łempicki, ur. w 1740, był dziedzicem Niebylca, Małówki, Jawornika i Gwoździanki. Był uczestnikiem konf. barskiej, a nagrobek w 1863 wystawiła jego wnuczka. Na łożu śmierci mieszkał w Gwoździance (w 1830 r.). Jednak wcześniej – w 1779 założywszy rodzinę z Barbarą Biblianną de Ball, osiedli właśnie w niebyleckim dworze (w ew. zabytków istnieje taki wpis: „Rozbudowany po pożarze ok. 1772 r. (od strony wsch. i zach.). Ok. poł. XIX nadbudowa piętra […]”). Nb. Barbara była właścicielką licznych posiadłości w Bieszczadach. W 1800 zamieszkała w  Średniej Wsi, by doglądać majątków ojca i może Kajetan również (był fundatorem jednego z tamtejszych kościołów). Na dworze w Niebylcu gospodarowała więc może córka, może jakiś zarządca. Córka Zofia wyszła za Stanisława hr. Ankwicza (kiedy?). Spadkobierczynią majątku po nich została córka Henryka (Henrietta) z Ankwiczów, 1.v. Sołtykowa, 2.v. Kuczkowska – która wystawiła pomnik Kajetanowi przy niebyleckim kościele (z dziś już słabo widocznym napisem: „Tu spoczywa w Bogu Kajetan Junosza Łempicki dziedzic Niebylca, towarzysz chorągwi narodowej. W Konfederacji barskiej bronił Rzeczypospolitej pod Kościuszką, ur. 1740, zmarł 1830. Wielce szanownemu jedyna wnuczka i parafianka ku pamięci prosząc w 1863 r. Pamiętaj coś przyrzekł”). Hrabina Kuczkowska miała już spore kłopoty finansowe, stąd majątek (który sporo ucierpiał m.in. w czasie rabacji galicyjskiej) przeszedł pod licytację, potem wszedł w posiadanie bankiera wiedeńskiego, a potem Żydów. Ostatnim właścicielem – do roku 1939 – był Aszer Wałłach.

Dwór wydaje się być położony na uboczu, poza głównymi trasami, biegnącymi przez Niebylec. Jednak na mapie z lat 1763-1787 leży jak najbardziej przy głównej drodze w kierunku Rzeszowa, która w tamtym czasie nie biegła doliną, ale grzbietami.

Dwór jest wpisany do ewidencji zabytków pod nrem „A – 1084 05.03.81”, datowany na „XVI w. (?)”.

Miejsca

Kotlina Kłodzka

Posted by admin on

Co za przygnębiające doświadczenie. Jednocześnie jakby catharsis. Ponury deszczowy dzień w Polsce i – słonecznie na sąsiednich Czechach. Stamtąd – z drugiej strony granicy nad Polską, która zaczynała się na wysokości Orlich Gór, zwały chmur. Ale też inne kontrasty: w Czechach ładne miasteczka, odnowione domy, urokliwe uliczki (np. w Opočnie – oddalonym rzut beretem od przejścia w Kudowie-Zdr.). Po przejechaniu granicy – Lewin Kłodzki. Przygnębiające wrażenie. Odarte mury, najciekawsza kamienica w rynku – okna zabite dechami, na dachu rośnie drzewo. W kunszcie wykonania kolumn maryjnych i kapliczek widać dawną świetność tych ziem. Trudny temat.

Miejsca/Pisaniny

Ryga, Łotwa

Posted by admin on

Jadąc tutaj, zaopatrzyłem się obowiązkowo w przewodnik z wyd. Rewasz, które ma opinię skierowanego do turystów kwalifikowanych. Gwoli wyjaśnienia: taki dość powszechny model turystyki konsumpcyjnej nie jest wcale następnym wcieleniem turystyki biednej, namiotowej, krajoznawczej 🙂 Stąd wkurzył mnie zapis w owym przewodniku po Łotwie, że będąc w Rydze koniecznie trzeba spróbować tego, tego i tamtego dania (wydając na to połowę naszego budżetu na cały wyjazd). Ok, rozumiem, gdyby było napisane: tradycyjne dania na Łotwie to to i to, kto chętny, może próbować. Ale nie od razu, że koniecznie będąc w Rydze trzeba to wszamać i wydać fortunę. Tego po Rewaszu się nie spodziewałem. To tylko jedna rzecz, gdyby nie było innych, to chyba bym w ogóle się nie ciskał na ten przewodnik 🙂 ale ta dość cienka publikacja zawiera więcej podobnych niespodzianek. Np. nazbyt lakoniczny opis miasteczka Kieś (po łotewsku Cēsis). Po przeczytaniu notki w przewodniku byłem mocno zaskoczony tym, co tam zobaczyłem. Szkoda, że przewodnik tego nie oddaje, bo przeczytawszy o Kiesi, wcale jeszcze nie miałem nieprzemożonej ochoty tam jechać, sądząc, że to jedna z wielu podobnych miejscowości. Tymczasem opadła mi szczęka.

Z praktycznych wskazówek – na Łotwie podobnie jak na Litwie: można tankować LPG bez problemu. Kraj ten jest podobny do państw skandynawskich, różni się mocno pod tym względem od Litwy. Na Łotwie co chwila miałem skojarzenia z Finlandią. Jest to też z wyglądu bogatsze, bardziej zadbane miejsce, niż sądziłem – po kraju postsowieckim spodziewałem się raczej bloków z wielkiej płyty i przaśnej atmosfery – tymczasem jest ładnie i elegancko; współczesna architektura Rygi i okolic wprawiła mnie wręcz w zdumienie, świetne, porządnej klasy projekty budynków mieszkalnych, także domków jednorodzinnych, ciskające się w oczy tu i ówdzie, a nas są niebywałą rzadkością.

Ceny są wyższe niż u nas – niektóre artykuły są nawet 2-krotnie droższe. Ryga skupia większość mieszkańców kraju, natomiast tereny wiejskie są dość rzadko zaludnione, gospodarstwa ładne, ale rozrzucone. Sporo zachowanych świetnych budynków, drewnianych dworków czy murowanych jakby brytyjskich gospodarstw.

Sama Ryga – Stare Miasto – pełne turystów. Na Litwie słuchaliśmy, że pewna agencja skompromitowała się reklamą Wilna: przyjedź do nas, odetchniesz od tłumów turystów w Rydze. Chyba tak trochę jest. Architektura – przypomina Wrocław – przynajmniej jeśli chodzi o kamienice z okresu XIX/XX w. Na Starym Mieście bardzo ciężko znaleźć sklep spożywczy (nie byłem w stanie, choć obszedłem dość spory kwartał poza plantami – usytuowanymi w miejscu dawnych fortyfikacji – rozebranych, podobnie jak we Wrocławiu, z polecenia Napoleona czy ludzi mu podporządkowanych). Natomiast – co ciekawe – po przejściu na drugą stronę rzeki Dźwiny – momentalnie wchodzimy w inny świat – zwyczajny, codzienny, bez turystów, ze straganami warzywnymi koło przystanków i wodą za eurocenty w kiosku. Warto zaparkować po drugiej stronie rzeki, jest sporo wolnych miejsc i brak opłat. Może 15-minutowy przemarsz na drugą stronę – i już jesteśmy w turystycznej dżungli. Poniżej oddalona o rzut beretem druga strona.

Ryga – pełna protestanckich kościołów (zborów?), powstałych po reformacji, nieraz w katolickich świątyniach. Po objęciu tych terenów we władanie polski król na przełomie XVI i XVII w. sprowadził jezuitów i starał się przywrócić wiarę katolicką. Polacy władali w Rydze przez ok. 60 lat. Zdaje się, że to nie odbyło się wskutek zbrojnej inwazji, a dobrowolne oddanie się pod zarząd Rzeczpospolitej (lenno).

Na widok tego znaku zmroziło mnie. Upstrzona jest tym cała nabrzeżna żeliwna balustrada.

Charakterystyczne kamienice, ciekawe, że odbudowane od podstaw w 1945 r. (podobnie jak warszawska Starówka).

Kieś i kawałek charakterystycznej drewnianej architektury.

Miejsca/Pisaniny

Litwa, Wilno, Wileńszczyzna

Posted by admin on

Postanowiłem napisać parę praktycznych wskazówek nt. eskapady na Litwę, bo sam wcześniej byłem w potrzebie przeczytania czegoś podobnego i teraz może się komuś przyda. (Na początku praktyczne informacje, a potem trochę wynurzeń).

Otóż: nasza samochód jest na gaz LPG i ten gaz można tankować bez problemu na Litwie. Tak jak w Polsce. Czasem nawet da się trafić stację Orlen i wtedy już można poczuć się zupełnie jak w domu. Druga sprawa, że w Wilnie czy na Wileńszczyźnie można spokojnie zagaić po polsku i każdy zrozumie, a nawet odpowie po polsku (albo po rosyjsku). Ponoć nie wszędzie tak jest, np. w Kownie już nie bardzo, tam posługują się litewskim i nie rozumieją po polsku (niesprawdzone info). Przed wojną Kowieńszczyzna była w granicach Litwy i stąd Polaków jest na tamtym terenie dużo mniej, ale są, choć nie wiem jak im się udało tak długo zachować język. Np. w wiosce Wędziagoła, gdzie jest parafia rodzinna Czesława Miłosza (i gdzie od 1992 był wiele razy), ludzie mówią po polsku, a w kościele w niedzielę są dwie msze: po polsku na 9.00 i litewsku na 10.00 (a ksiądz jest Litwinem).

Druga sprawa: telefon, karta, GPS, nawigacja. Ja korzystam z nawigacji w mapach Google w telefonie, która wymaga, aby telefon był połączony z internetem. Na Litwie taka nawigacja może się przydać, szczególnie gdy chce się pokluczyć po wioskach albo przejechać przez Wilno. Po prostu można zaoszczędzić trochę czasu. Po wpisaniu trasy przejazdu w Polsce, aplikacja pobiera sobie informacje i można dojechać do celu na Litwie, telefon cały czas będzie pokazywał trasę. Gorzej, gdy na Litwie na chwilę wyłączy się nawiagację, później nie można jej już włączyć z powrotem niestety. Dlatego warto się zaopatrzyć w litewską kartę do telefonu. Ja kupiłem taką za 2 euro (ok. 8 zł) na Orlenie (sprzedawca polecił, że ta jest najbardziej korzystna). Po włożeniu karty do telefonu miałem 25 minut darmowych połączeń na Litwie, a oprócz tego 1GB internetu przez miesiąc (przez miesiąc jeżdżenia na nawigacji zużywa się ok. 0,5 GB). Po włożeniu karty trzeba ją aktywować wpisując PIN, który jest na opakowaniu od karty. Po tej oparcji trzeba odczekać jakieś pół do godziny zanim internet zacznie działać.

A teraz trochę wynurzeń. Otóż: ostatnio pisałem o Niepokalanowie. Co ciekawe, ta wizyta na Litwie była konsekwencją Niepokalanowa, bo umówiliśmy się z o. Jackiem, że mógłbym zrobić zdjęcia we franciszkańskich klasztorach na Litwie (są 3); dostałem kontakt do o. Piotra z Miednik, który zgodził się na takie zdjęcia i ucieszył z tego pomysłu. Zaprosił nas do Miednik, z czego z radością skorzystaliśmy. https://goo.gl/maps/yiikDMdRxjK2 – a tutaj panoramy z tego miejsca. O. Piotra nie było (miał w tym czasie wyjazd w góry), ale był o. Andrzej, z którym spędziliśmy dwa dni.

Drugim obiektem, który odwiedziliśmy, był ledwo odzyskany kościół w Wilnie wraz z klasztorem (był to pierwszy klasztor jaki powstał na Litwie). Można go zwiedzić w tym miejscu: https://goo.gl/maps/aUSnbVkhK6E2

Na Litwie nabożeństwem darzone są zwłaszcza dwa wizerunki: obraz Jezusa Miłosiernego, ale nie taki, jak u nas, tylko pierwsza wersja obrazu (na zdjęciach poniżej). Jest to prawdopodobnie związane z tym, że oryginał tego obrazu znajduje się w Wilnie, w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Poniżej widoczny jest ten obraz w kościele w Miednikach i – oryginał z sanktuarium w Wilnie. Ten wizerunek jest o tyle ciekawy, że twarz Jezusa pasuje dokładnie do twarzy z Całunu Turyńskiego. Jedna z sióstr ze zgromadzenia założonego przez ks. Sopoćkę wyjaśniła mi, że P.Jezus przez szacunek do ówczesnego zwyczaju, błogosławi ręką na wysokość ramion, tak jak wówczas błogosławili księża. Drugi ważny wizerunek to obraz MB Ostrobramskiej, który również jest w każdym kościele. Na zdjęciach widoczny wizerunek z kościoła w Miednikach i oryginał z Ostrej Bramy. Są też zdjęcia z Wędziagoły, przy dzwonie pan Ryszard, lokalny działacz i polski patriota. Gościł nieraz Czesława Miłosza. Rozmawialiśmy może półtorej godz. Opowiadał np., że Litwini kompletnie nie interesowali się Miłoszem, nawet jak przyjeżdżał, to w szkole, gdzie chciał trochę go zareklamować, powiedzieli mu, że jeśli to polski poeta, to ich nie interesuje (i w ogóle nawet nie wiedzieli, kto to zacz). W kościele w Wędziagole jest też słynący łaskami krzyż, legenda głosi, że z oddalonego o 30 km Kowna pieszo wędrował do niego nawet Adam Mickiewicz, by pomodlić się w kościółku. Widoczna ruina dworku znajduje się w Szumsku (lub tuż poza granicami wioski).

Uncategorized

Niepokalanów

Posted by admin on

1 dzień w Niepokalanowie. Niepokalanów to klasztor oo. franciszkanów, wybudowany na polach podarowanych przez księcia Jana Druckiego-Lubeckiego, właściciela majątku Teresin. Na samym początku o. Kolbe postawił figurkę MB, która stoi do dziś (chociaż w 1992 wandale zniszczyli ją – została odbudowana). Za figurką w 1927 roztaczały się szczere pola (ostatecznie to było 25 hektarów). Wkrótce powstał pierwszy drewniany budynek – tuż za figurką stanęła kaplica-klasztor. Wchodziło się przez wąskie drzwi. Dzisiaj za tymi drzwiami jest zakrystia kaplicy-sanktuarium, zachowana jest tam drewniana malutka cela, w jakiej mieszkał na samym początku o. Kolbe.

O. Kolbe. Fot. Internet.

Ojciec Kolbe znany jest przede wszystkim z wydarzenia w czasie II wś., gdy oddał życie za współwięźnia. Tamten moment był jednak zakończeniem niezwykłej biografii. Chodząc po Niepokalanowie, zwiedza się po prostu efekt jego pracy. Już po kilku latach od postawania, pracowało tam kilkuset zakonników (w 1939 – 762 zakonników). Dziś – około 140. Wydawany był miesięcznik (Rycerz Niepokalanej), drukowany w milionowym nakładzie. Oprócz tego kilka innych wydawnictw.

Był tam ze mną ojciec Jacek, który poświęcił mi cały dzień. Wieczorem po kolacji poszliśmy się przejść do majątku Druckich-Lubeckich – kilka km – do sąsiedniej wsi (linia kolejowa do Warszawy stanowi granicę między Paprotnią a Teresinem – w Paprotni zlokalizowany jest klasztor). Pałac po odzyskaniu przez prawowitego właściciela – dziedzica – miał być przekazany ojcom. Franciszkanie jednak nie chcieli przyjąć tego daru; ostatecznie trafił do państwa i dzisiaj tam jest jakaś placówka wypoczynkowa KRUS-u, w której odbywają się gminne wydarzenia. Bardzo ładnie wyremontowany, lśni bielą. Jeszcze niedawno w ruinie.

Mądrą decyzją było nieprzyjęcie obiektu przez franciszkanów. No bo jak by to wyglądało: franciszkanie ślubujący ubóstwo właścicielami takiego obiektu.

Wracając do klasztoru: ogromne wrażenie robi wejście do celi o. Kolbe. Jest tam wiele zachowanych przedmiotów prywatnych. Przy jego sekretarzyku modlił się Jan Paweł II. Na obrazach Niemcy stąd zabierają ojca Kolbe do obozu; jednak w rzeczywistości był zabrany z placu na zewnątrz.

Ojciec Jacek zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. I w ogóle obcowanie z tym miejscem i z  zakonnikami sprawia, że rośnie sympatia do życia zakonnego – chciałoby się pożyć tak, jak oni.

Udało mi się przenocować w domu pielgrzyma, pokój 102. Noc w Niepokalanowie, jakieś 20 metrów od pierwszej drewnianej kaplicy. Nastawiłem budzik na 6.00, obudziłem się o 7.50. Zacząłem w pośpiechu nosić rzeczy do samochodu. Sprzątnąłem rozłożony komputer (wifi w Niepokalanowie działa bez zarzutu), sprzęty foto, ubrania. W trakcie mojego ogarniania się do drzwi zapukał o. Jacek, przyszedł po mnie – spóźnionego – na śniadanie. Już tylko ja jadłem (o. Jacek zjadł wcześniej, jak mnie jeszcze nie było). 8.30 miałem wyjechać, ale skusiłem się jeszcze na odwiedziny w księgarni. Pół godz. buszowania w książkach. Oczywiście szukałem coś o o. Kolbe.

Jeszcze parę słów o o. Jacku. Od słowa do słowa odnaleźliśmy parę wspólnych wątków. O. Jacek miał w telefonie numer do osoby, którą znam. Zaczynał też jeszcze jako świecki we wspólnocie, w której i ja. Z kolei jakiś czas temu w Rzeszowie znalazłem się w dość ciekawej sytuacji; zupełnie niespodziewanie wylądowałem w malutkiej sali konferencyjnej przy biurze dyrektora PGE, w której w gronie ok. 10 osób (głównie pracowników PGE) był Stanisław Szpunar, nr obozowy 133 z Auschwitz; obecny na słynnym apelu, gdy o. Kolbe ofiarował swoje życie za współwięźnia. Tam też opowiadał tę historię jeszcze raz. Ja znalazłem się tam jako osoba, która pomagła wejść po schodach prezesowi Okręgu Podkarpackiego ŚZŻAK, A. Szymańskiemu, który także był więźniem Auschwitz. Podczas spotkanie padło pytanie, ilu jeszcze więźniów Auschwitz żyje na Podkarpaciu. Panowie nie bez humoru popatrzyli na siebie: „No, ja i on”.

Za tydzień było Święto Energetyka (14 sierpnia), którego patronem jest św. Maksymilian Maria Kolbe. Pan Szpunar także miał się pojawić, a uroczystość miała odbyć się w świetlicy PGE. Przywiozłem cały sprzęt do nagrywania audio-video. Rejestrator miał stać na statywie, aparat miał rejestrować obraz.  Tym razem byłem doskonale przygotowany. Wpadłem obwieszony sprzętem, gdy Agnieszka, sekretarz Okręgu poinformowała mnie, że pan Stanisław nie przyjedzie, bo dwa dni wcześniej złamał rękę.

Tymczasem za parę tyg. miała też przyjechać ekipa z Niepokalanowa, by zrobić nagranie z panem Szpunarem do filmu. I rzeczywiście ta ekipa była, a w ekipie o. Jacek. Teraz opowiedział mi, jak to było. Pan Szpunar był już bardzo niekontaktowy. Słabo wyszło to nagranie. Agnieszka starała się go nakłonić do zwierzeń, ale on był już chyba wykończony tą złamaną ręką. To było już bardzo krótko przed jego śmiercią.

Obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Niemieckich Obozów Koncentracyjnych, fot. Łukasz Pompa

A tutaj pan Szpunar, czerwiec 2015.

Miejsca

Kresy (Ukraina samochodem)

Posted by admin on

Parę dni temu mieliśmy okazję z Madzią przewieźć się na ukraińską stronę granicy. To mój pierwszy wyjazd samochodem w tamte strony, bo dotąd odbywało się to zawsze przez piesze przejście graniczne. Najpierw do Przemyśla (pociągiem albo samochodem), potem 2zł busem do granicy w Medyce. Następnie pieszo przez granicę, co w tamtą stronę zawsze trwało dość szybko. Po drugiej stronie granicy znajduje się wioska Szeginie. Tam bus (marszrutka) do Lwowa kosztuje parę złotych. Zaletą takiego przekraczania granicy jest to, że można się dość łatwo wmieszać w tłum i nie zwracać na siebie uwagi.

Inaczej samochodem – rejestracja od razu zdradza narodowość kierowcy. Granicę przekroczyliśmy nie w Medyce a w Krościenku (szybciej, bo Krościenko leży na trasie autostrady – do Medyki trzeba by poświecić dodatkowe pół godz., co nie ma sensu o tyle, że w Krościenku jest przejście dobre, jak każde inne). Samochód pierwszy raz przejeżdżał granicę i chyba dlatego ukraińska celniczka wysłała mnie do jakichś kazamatów z poleceniem, bym skserował paszport i dowód osobisty samochodu. Weszliśmy do lekko obskórnej sali z kilkoma okienkami opisanymi cyrylicą, przy każdej stała mała kolejka, przy jednej ktoś się wykłócał. Udało mi się rozczytać kilka haseł w rodzaju „ujszczanie opłat weterynaryjnych”. Zrazu myślałem, że mam skorzystać z ksera w jednym z tych okienek. Ale coś mnie tknęło, by penetrować te wnętrze dalej – i rzeczywiście za jednym winklem ukazał się korytarz, na końcu którego po chwili dojrzałem wydrukowaną kartkę A4 z ukraińskim napisem „Ksero”, pod którym strzałka wskazywała dalszy kierunek marszu. W końcu znalazłem się w pokoiku, w którym siedzący za stolikiem jegomość skserował mi to za 2 zł.

Fajnie było jechać po Ukrainie. Stary passat dawał tę wolność, że wszędzie teraz, w te wszystkie magiczne miejsca, można było dojechać bezwłocznie, najkrótszą możliwą trasą. Skierowaliśmy się na Żółkiew – i dalej na północ – Mosty Wielkie. Tego dnia miała się tam odbyć uroczystość poświęcenia odbudowanego kościoła pw. św. Antoniego, na uroczystości miał być abp Mieczysław Mokrzycki. Nie będę opisywał szczegółów. Powiem jedynie, że to był bardzo udany dzień. Niezwykłe wydarzenie. Sam Mokrzycki to ciekawa postać, bo dość młody biskup, który mając 30-parę lat, jako ksiądz, trafił do pracy u boku Jana Pawła II jako drugi sekretarz (po ks. Dziwiszu) i pracował tam 9 lat – do śmierci papieża. Później był jeszcze przez 2 lata sekretarzem Benedykta XVI. W 2008 zastąpił bpa Jaworskiego na stanowisku biskupa diecezji lwowskiej, jest też przewodniczącym episkopatu Ukrainy. I teraz spędzilismy z nim jakieś 2 godziny we wnętrzu małego kościółka wspólnie z koncelebrującymi księżmi i dużą grupą Polaków i Ukraińców z Mostów Wielkich i dalszych okolic. Msza też była ciekawa, bo w połowie po ukraińsku, w połowie po polsku. Obecni jakby zdawali się nie widzieć różnicy. Śpiewali i odpowiadali w obu językach. Niezwykle brzmiały te polskie fragmenty z kresowym zaśpiewem. Abp Mokrzycki kazanie przeczytał po ukraińsku. Gdzieś w środku miałem pewien konflikt, bo z jednej strony chciałbym, by całość odbyła się po polsku, ale z drugiej – przecież Kościół nie jest narodowy, a to by tylko pogłębiło istniejący na Ukrainie stereotyp, że jeśli kościół katolicki to kościół polski. Kulturowo tak się utarło, ale przecież faktycznie tak nie jest. Jest przecież wielu Ukraińców, którzy są w Kościele Katolickim. Język polski w tym kościele to jest trochę tak jakby język liturgiczny, tak myślę.

Parę dni temu na Jasnej Górze wszedłem do księgarni i gdy tylko podszedłem do pierwszej półki z książkami, od razu rzuciła mi się w oczy książka – wywiad z abpem Mokrzyckim. Chyba po to tam wszedłem. Wziąłem książkę, zapłaciłem i po jakiejś minucie od wejścia opuściłem sklep.

Książkę tę (tytuł: „Sekretarz dwóch papieży. rozmowa z ks. arcybiskupem Mieczysławem Mokrzyckim”, wydanie pierwsze dodruk – 2017 r.) czyta się przyjemnie, szybko. Ciężko się oderwać. O swoim przydomku biskupim, jaki wybrał – „Pokora” – ks abp mówi:

Ma wskazywać, jak iść przez życie. Z pokorą wiąże się wiele treści. Na przykład jeśli ktoś jest pokorny, ma świadomość, że nie należy liczyć tylko na własne siły. Jest Pan Bóg i On nam pomaga. W życiu należy przyjmować Jego wolę. Przyjmować to, co Opatrzność Boża daje nam każdego dnia, w każdej chwili. Te wszystkie sytuacje i ludzi, których spotykamy. Oczywiście każdy ma jakieś plany, ambicje, aspiracje i nie należy z nich rezygnować. Ale pokora oznacza szukanie woli Bożej, tego, czego On oczekuje. Nie mamy skupiać się na sobie. Pokora wiąże się też z zawierzeniem Panu Bogu każdej chwili życia. I tych pięknych chwil, i tych trudnych.

Po uroczystości „podpięliśmy” się do polskiej pielgrzymki z Warszowic, która nocowała we lwowskim Seminarium Duchownym (w Brzuchowicach). Jedna z pań dodzwoniła się do Seminarium i okazało się, że jest dla nas miejsce. Powiedziała nam, że za nocleg płacą 70 zł z posiłkiem, a 35 zł bez pożywienia (i to była opcja dobra dla nas). Jadąc za autokarem zastanawiałem się tylko, czy policzą nam jeden nocleg, czy dwa noclegi (Madzia i ja). Jechaliśmy dość długo, może niecałą godzinę, pod koniec jeszcze zahaczając mocno o głębokie rogatki Lwowa.

Nocleg z rewelacyjnych warunkach. To chyba nowy obiekt, na bardzo dobrym poziomie. Taki elegancki dom pielgrzyma. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście w płatnościach zmieścimy się choćby w 100 zł – których równowartość miałem ze sobą. Alternatywnie można było udać się w poszukiwaniu bankomatu i wypłacić brakującą kwotę.

Rano przy recepcji podszedłem rozliczyć się za nocleg. Dyżurujący ksiądz (dyrektor?) machnął ręką mówiąc: jedliście coś? nie. Dooobrze… Uśmiechnął się, co znaczyło, że jesteśmy wolni, a nocleg był gratis.

Udaliśmy się na Stare Miasto we Lwowie, by coś zjeść. Madzia koniecznie chciała wejść na wieżę ratusza, chociaż przestrzegałem ją, że tam jest wysoko i nie będzie chciała wchodzić. Powiedziała, że na pewno będzie chciała. Ostatecznie stała wciśnięta w ścianę w wejściu na taras widokowy i wołała: tato, chodźmy już.

  

Co do śniadania: szukaliśmy chwilę. W końcu chowając się przed chłodnym wiatrem (Madzia dygotała), weszliśmy do lokalu naprzeciwko katedry, która nazywała się Lviv Croissants. Zjedliśmy dwa rogaliki, wypiliśmy latte i sok. Kosztowało nas to w sumie jakieś 15 zł.

Następny punkt programy to był BUSK – miasteczko jakieś 50 km na wschód od Lwowa. Mielismy odwiedzić naszego znajomego księdza Kamila, który trafił tutaj na rok posługi.

Ksiądz Kamil ucieszył się z naszej wizyty, bo zajęć w Busku ma niewiele. Jedynie ok. 90 parafian, msza co drugi dzień. Poza tym chyba nic. Koszenie trawy, od czasu do czasu jakieś katechezy. Ks. Kamil odprawia też msze w zamku w Olesku. Wczoraj – gdy my byliśmy w Mostach Wlk. – w Olesku miało miejsce ciekawe wydarzenie. Jest tam dawny klasztor (kapucynów), przejęty przez władze, zniszczony i zamknięty. Wezwanie kościoła klasztornego to św. Antoniego i co roku odprawiana jest msza odpustowa przed zamkniętymi wrotami klasztoru.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcia z profilu facebookowego ks. Kamila, mam nadzieję, że się nie obrazi (klasztor Olesko, odpust).

Kościół w Busku (św. Stanisława – z relikwiami św. Jana Pawła II, przy o których papież modlił się codziennie – podarowanymi przez ks. abpa Mokrzyckiego) to pierwszy kościół saletynów na ziemiach polskich. Dopiero potem powstały inne parafie – sanktuarium w Dębowcu i inne. Kościół barokowy, symetryczny (zakrystia za ołtarzem), odbudowany po zniszczeniach, jakich doznał w latach komuny. Obecny proboszcz, ks. Jan, opiekuje się nim od 20 lat.

Pałac Badenich w Busku (ten, w którym wychował się o. Joachim Badeni):

Zaczynamy powoli wracać z Ukrainy. Jeszcze przed granicą tankowanie. Odbywa się to tak, że przy dystrybutorze zawsze jest pracownik stacji (my tankujemy LPG). Trzeba mu powiedzieć, ile tankujemy (np. „do pełna”). Wtedy on łączy się z kasą, tam drugi pracownik otwiera zawór i dopiero ten pierwszy tankuje. Potem idę zapłacić do kasy. Cena niedużo niższa niż u nas (w Polsce ok. 1.90, na Ukrainie ok. 1.50). Zawór do gazu jest ten sam, co w Polsce, nic nie trzeba przykręcać itp. Z racji, że ceny nie są dużo niższe, nie zatankowalismy benzyny, choć przypuszczam, że większość kierowców zanim wróci do Polski, tankuje cały samochód do pełna.

Może to wzbudziło na granicy czujność celnika, gdy zapytał nas, ile mamy benzyny w baku (odparłem: niedużo, 10 litrów benzyny i może 20 gazu). Może tego typu pytania mają za zadanie wybadanie takiego podróżnika, czy nie jest podejrzany. Widocznie my byliśmy, dlatego po 7 godzinach w kolejce, gdzieś koło 1 w nocy (Madzia już spała w samochodzie), tuż przed opuszczeniem granicy, zostaliśmy jeszcze skierowani na szczegółową kontrolę samochodu. Całe szczęście, że granicznik przedzwonił, by puszczono nas w pierwszej kolejności (bo z dzieckiem). Tutaj celnik bardzo gadatliwy. Zdziwił się: z dzieckiem o tej porze? Do kolejki stanęliśmy o 18.00. Przeszukanie samochodu odbyło się dość sprawnie i drobiazgowo, ostukiwanie, rozkręcanie (bałem się, że zaraz znajdzie coś, o czym sam nie wiedziałem).

Z granicy zjechalismy dokładnie o 1.00.

Pisaniny/wiejskie życie

Wieś, środek sezonu

Posted by admin on

Dave Brubeck Essentials

Wieś – mieszkanie na niej – pozwala na dużo większą swobodę w kreowaniu swojego otoczenia. W mieście administracja wszystko załatwia. Ma to plusy i minusy. Wszystko jest wykonane wg standardu, jednakowo, człowiek ma niewielki wpływ, może co najwyżej pójść na zebranie i spróbować przeforsować swoje opcje. Ale ostatecznie wszystko toczy się poza nim, nawet nie wie kiedy ktoś kosi trawnik, wymienia papę na dachu.

Na wsi właściwie wszystko może być dowolnie kreowane. Przypominają mi się czasy dzieciństwa, gdy u babci z kuzynem budowaliśmy bazy po szopach. Co jakiś czas zmienialiśmy lokalizację i budowaliśmy nową bazę w nowym miejscu, na jakiejś półce, która normalnie służyła do trzymania drzwi od ciągnika i innych szpargałów, robiliśmy półki, wciągaliśmy jakieś stare siedzenia z samochodu, wcielaliśmy w życie każdy abstrakcyjny pomysł, jak właz w podłodze. Najlepsza baza miała nr 5 i istnieje do tej pory (chyba służy jako graciarnia).

To samo jest na wsi, można już będąc dorosłym właściwie powtarzać tamte schematy, tworząc nowe formy architektoniczne, jak chuśtawka, antresola, skalniak, posadzić drzewko, ścieżkę z kamieni, ze starych palet zbić ławkę, ażurową werandę na narzędzia, po której wieje wiatr, zmienić w pokoik, stajnię w warsztat, dawne pomieszczenie na zboże w garderobę tudzież magazyn ubrań i tak dalej. Dach zrobić z blachodachówki albo z gontu, piec zamontować w przedpokoju albo w piwnicy, podłogówkę w kuchni albo w pokoju. Idąc tym tropem: na dachu instalację z rurek, która bezkosztowo grzeje wodę albo panele słoneczne, ściany tynkować tanim tynkiem gipsowym albo bezpłatnie: gliną wykopaną w ogródku zmieszają z piaskiem. W bloku nie ma tych wszystkich możliwości.

Każdy człowiek ma naturalne pragnienie wolności. I chyba w głębi duszy każdy ma taką tęsknotę do zamieszkiwania na wsi. Nie zawsze to się jednak godzi z innymi planami, wizjami wymagającymi dużo większej swobody, wolności od takich gospodarskich obowiązków.

– – –

Koniec czerwca. Aż trudno uwierzyć, jak tutaj było w marcu. Mokro, zimno. Nagle wszystko się zazieleniło, trawa urosła po pas, nie widać spod niej krzaków porzeczek. Liście puścił nawet drąg wkopany w ziemię. Niekoszona trawa drogę zmieniła w malowniczy kanion, którym ciężko przejść nie smagając się długimi kłosami wiszącymi z obu stron. Rozsypana w piaskownicy kukurydza w ciągu paru dni stworzyła zielony dywan. Ciężko nawet ten cały rozkwit przyrody opanować, bo żeby doprowadzić do porządku tylko trawę, trzeba by skosić jakiś hektar pola żyłką, co fizycznie jest możliwe, ale wymagałoby jakichś 3 dni pracy i czasu, którego nie ma. Dlatego kosi się w miarę możliwości – najbliższe przyległości, to na co starcza czasu.

W głowie roi się masa pomysłów i tylko czasu nie starcza. Można by nawet oddać się samym tylko gospodarskim czynnościom i nie robić nic więcej, i tak całe dnie można by spędzać pracując i ciesząc się obecnością w tym miejscu.