Miejsca

Kolbuszowa – św. Albert.

Posted by admin on

Kościół na uboczu miasta, parafia obejmuje fragment Kolbuszowej i kilka okolicznych wiosek.

Po wejściu do środka – zapiera dech w piersiach. Polichromie – powstały bardzo niedawno, może 1-2 lata temu. Autorem jest grupa artystów z Ukrainy, kształconych w szkołach cerkiewnych. Malarze są wyznania grekokatolickiego, głęboko wierzący. I już kilka takich arcydzieł powstało w okolicy, m.in. w Zaczerniu.

I ostatnia myśl: takie wnętrze nie powstałoby, gdyby nie bliskość Polski i Ukrainy, tego styku kultur. Chyba wzajemnie wzbogacających się. Coś, co zanikło kompletnie po II wś., kiedy Galicja została brutalnie rozdzielona granicą Polski i ZSRR. Oddziaływanie zduszone. Teraz jakby odradza się i byle tak dalej.

Co do stylu – jak widać, nie jest to kreska znana z ikon, postaci są realistyczne, wręcz – wyidealizowane. Ponoć jest to nawiązanie do stylu starszego od ikon, tj. stylu bizantyjskiego (szczególnie namalowane mozajki).

wiejskie życie/wiejskie życie

Wozy

Posted by admin on

Po długich miesiącach magazynowania w stodole, oblepione 20-30-letnim błotem i kurzem, w końcu doczekały się kąpieli. Myjka/karczer pożyczony od kolegi, spełnił świetnie swoje zadanie. Spod grubej warstwy brudu i kurzu wyłoniły się kolory.

Na razie wozy schną na polu. Zdjęcia telefonem, więc jakość taka, jak widać, ale pewnie warto będzie przy tej okazji je trochę lepiej obfotografować.

Ciekawe są dekoracje w elementach metalowych, wzory o prowiniencji średniowiecznej i renesansowej (wg kolegi – etnografa). Pisze on w ten sposób:

Ornamentyka okuć jest wielostylowa, łączy rozmaite elementy z różnych epok i przypomina kompozycyjnie hafty na odzieży (zwłaszcza na spodniach) z rejonu Karpat. Zdobienie w postaci linii połączonych łuczków jest zapewne renesansowe. Widzimy też wczesnośredniowieczne zdobnictwo słowiańskie (plecionka szurkowa z „oczkami”, „wilcze zęby”) wzbogacone późniejszymi dodatkami/ przeróbkami w postaci wzorów kwiatowych. Rozety należy uznać za wczesnośredniowieczno-renesansowe. Nie ma w tym wszystkim nic dziwnego, bo ogólnie zdobnictwo ludowe to właśnie Słowiańszczyzna wczesnośredniowieczna z późniejszymi (rzadziej wcześniejszymi) dodatkami.

[źródło: https://www.facebook.com/pg/Traperska-Wytw%C3%B3rnia-Filmowa-146855385489023/photos/?tab=album&album_id=929106180597269]

Ten najmłodszy wóz (1975), najbardziej bogato zdobiony, po umyciu okazał swoją jaskrawo-czerwoną kolorystykę. Wygląda, jakby służył dawniej zastępom Och. Straży Poż. Choć pewnie błędny trop (a może farba pochodziła z tego źródła?)

Miejsca

Góry Bystrzyckie – dolnośląski Beskid Niski

Posted by admin on

Pogranicze polsko-czeskie w południowo-zachodniej części Ziemi Kłodzkiej. Jest tam wieś Lesica – kiedyś 500 mieszkańców, około 70 gospodarstw. Dzisiaj żyje tutaj 15 osób, w tym sołtys ze swoją żoną, prowadzący kronikę Lesicy i będący tak naprawdę kimś w rodzaju kustoszów z konieczności. Choć jest to funkcja karkołomna i niemożliwa do wykonania dla dwojga ludzi. Dlatego okolica niestety popada coraz bardziej w ruinę. W domach, z których z pomocą szalonego pastucha wypadły drzwi, pasą się krowy. Przy drogach i w polach – zupełnie jak w Beskidzie Niskim – stoją samotne kapliczki – czy częściej – figury barokowych świętych. Świętego Nepomucena – bardzo popularnego w tych okolicach. Daty wybite z przodu lub z tyłu cokołów oscylują w okolicach XVIII w. Ta kamieniarka to tzw. szkoła lesicka – więc dzieło artystów właśnie tej wsi. Choć kunsztem sugerują, że przyjechały z jakichś odległych, może wiedeńskich warsztatów. Podobnie w Beskidzie Niskim – który obsiany jest krzyżami rzemieślników z Bartnego.

Głównym zabytkiem każdej wsi jest barokowy kościół, stojący trochę w osamotnieniu, otoczony łąkami. Wnętrze bogato zdobione polichromiami. Mnóstwo pozostałości po dawnej społeczności. Zachowały się nawet drewniane zasłony, którymi zasłaniano okna kościoła w czasie nalotów bombowych. Na wieży – mechanizm zegara. Sołtys, pan Andrzej, wyremontował go, dzięki czemu dziś działa. Jednak rzadko kiedy ktoś go nakręca.

Najstarszy dom w Lesicy (początek XIX w.). Niedawno jeszcze kompletny, ktoś wpadł jednak na pomysł, by rozebrać część gospodarczą, odsłaniając wnętrze chałupy na działanie warunków atmosferycznych.

Zaczyna się od niewielkiej dziury w dachu – by w ciągu kilku lat dom zmienił się w ruinę.

Drewniany kościółek w Kamieńczyku, przy nim stoi pustelnia, na ścianach i murze stare żeliwne i drewniane krzyże.

Amerykańskie guziki – pozostałości po obozie jenieckim.

Książka, którą jedna babcia paliła w piecu – większą jej część udało się jeszcze uratować, zamieniając się za współczesną makulaturę.

Obrazek św. Leonarda – wisiał w tej okolicy nad wejściem do każdej stajni.

Nazwiska zmarłych na desce organów w kościele w Lesicy.

Widok z wnętrza kościoła.

 

Miejsca

Asyż

Posted by admin on
W Asyżu stoją dwie bazyliki, jedna św. Klary, druga św. Franciszka. Są oddalone jakieś 2 km (w praktyce to prawie dwa krańce miasta). W obu spoczywają ciała tych zacnych świętych.
W jednej z kaplic bazyliki św. Klary – oryginał (pierwowzór) krzyża franciszkańskiego. W podziemiach ciało św. Klary za szybą – wrażenie obecności.
Św. Franciszek spoczywa w towarzystwie czterech braci, pochowanych w 4 narożnikach kaplicy. Pośrodku grobowiec św. Franciszka. Cała dwupoziomowa bazylika robi piorunujące wrażenie. Na jednym z fresków najstarsze przedstawienie postaci św. Franciszka (znany wizerunek). Udało mi się zrobić zdjęcie, chociaż absolutny zakaz fotografowania i kościelni patrzący na ruch komórką każdego z pielgrzymów/zwiedzających. W razie potrzeby wołający przez głośnik „no pictures!!”. Pośród tego przemykam ze statywem pod pachą i odbezpieczonym aparatem w ręku. Może nie wzbudzającym podejrzeń, bo sprawiającym wrażenie, że w rozłączeniu ze statywem rozbrojony.
Pisaniny/wiejskie życie

koniec kwietnia

Posted by admin on

„Przebyłem noc właśnie i nikt nie mnie wita…” pisał Stachura.

Możnaby sparafrazować te słowa i napisać: „Przebyłem zimę właśnie”… Śniegi, mróz, wilgoć, lód…. To wszystko ciągnęło się od października i w końcu !!!! definitywnie i nieodwołalnie skończyło się. Bywały w międzyczasie złudne chwile, gdy zdawało się, że to już koniec. W styczniu parę dni ciepła, zaczęły wschodzić przebiśniegi. Ale nieeeee. Później nastały dni głębokich mrozów. Zamarzły nam wtedy rury w domu i jeden kaloryfer rozszczelnił się tak, że wisiały na nim sople lodu.

Kiedy tylko przed dwoma tygodniami temperatura w końcu odbiła do kilku stopni na plusie, przyroda wystrzeliła niemiłosiernie. Drzewa zazieleniły się w ciągu 3 dni. Zakwitły gałęzie. Nie ma już odwrotu. Minęły dwa tygodnie, trawa wystrzeliła już kilkanaście cm nad ziemią. NARESZCIE!!! ta zima to była klęska. tragedia.

Uncategorized

Gdybym się urodził przed stu laty

Posted by admin on

Rozkładam delikatnie stary dokument. Papier łamie się, jest sklejony. Staram się go rozdzielić bardzo powoli nożem. Niestety jest jakby zrośnięty i nie wszędzie odchodzi, kruszy się przy delikatnych ruchach. Zdmuchuję i ścieram ściereczką z mikrofibry grudki starej pleśni. W końcu moim oczom ukazuje się zwartość. Właściwie najważniejsze informacje są widoczne. Stanisława Pięciak wykupuje ubezpieczenie na wypadek śmierci jej męża (?) – Wojciecha, który przebywa w niewoli. Pieniądze będą wypłacone, gdyby zmarł w ciągu roku. Jest rok 1916 lub 1918. Górną część daty zjadła mysz.

Następny plik papierów to mały notesik, również rozpadający się w rękach, być może zakupiony gdzieś na drugim końcu świata (w Nowo-Sybirsku?). Autorem jest Wojciech Pięciak. 28 czerwca 1919 w Nowosybirsku otrzymał legitymację inwalidy wojennego Wojsk Polskich („ważną tylko na Nowo-Nikołajewsk” – tak nazywał się Nowosybirsk do 1925 r.). Za rok dopiero miał dotrzeć po długiej podróży przez 13 mórz – do Polski, tego też dowiadujemy się z owego notatnika. Z „Ubezpieczenia wojennego” wiemy, że urodził się w 1879, czyli będąc inwalidą wojennym w Nowo-Nikołajewsku miał już 40 lat. W c.k. dokumencie jest też informacja, że już 19 kwietnia 1916 (1918?) przebywa „w niewoli” (carskiej?). Jakiego stopnia się dosłużył? Nie wiadomo. W jakich formacjach służył? Być może da się tego dojść, wiadomo, że jego statek dobił do Gdańska „wszamo Boże Ciało”, tj. 3 czerwca 1920 r. Tak więc nie była to Brygada Syberyjska, która dotarła 1 lipca do Gdańska, chyba, że jakiś wcześniejszy transport?

Trasa ich podróży była długa. Z Nowo-Nikołajewska, który znajduje się mniej więcej w środkowej Rosji, nie kierowali się na Zachód, do Polski, tylko na Wschód. Tam dopiero przez Morze Japońskie, Ocean Indyjski i dalej, wokół Hiszpanii, wpłynęli na Morze Bałtyckie – gdzie wreszcie przybili do portu w Gdańsku.

W notniku są jeszcze jakieś druki rosyjskie (niewypełnione), inne zapiski. Notatnik początkowo służył chyba notowaniu pożyczek. Później zapisane są jeszcze nazwiska i adresy kolegów.

Ostatni dokument, najwcześniejszy. Rok 1911, Austro-Węgry, Galicja. Wojciech Pięciak jest uprawniony do głosowania w wyborach „do Izby deputowanych Rady Państwa”. Dokument to Karta legitymacyjna, uprawniająca go do głosowania, do niej załączona była „karta głosowania”. „Wybór odbywał się” w urzędzie gmin, 13 czerwca 1911, w godzinach od 15 do 17. i były to wybory do parlamentu XII kadencji Rady Państwa w Wiedniu (odbyły się dwie sesje tej kadencji, pierwsza od 1911-1914 i druga 30 maja 1917 – 12 listopada 1918).

Pytanie, jakież to nazwisko mogło być na karcie do głosowania, prowadzi do czerwcowych wydań Gazety Lwowskiej.

W Gazecie Lwowskiej z 17 czerwca 1911 jest taka informacja:

a 21 czerwca notka dotycząca okręgu 50., w którym głosował Wojciech:

Czy Wojciech głosował na ludowca Jana Stapińskiego, który ostatecznie dostał się do wiedeńskiego parlamentu? …

 

Uncategorized

Dwór w Niebylcu

Posted by admin on

Przykład tego, jak wiele rzeczy wymyka nam się w rąk, po prostu ucieka między palcami i znika w odmętach dziejów. Ten drewniany dwór jakimś cudem przetrwał do naszych czasów i to w całkiem niezłym stanie. Znajduje się w Niebylcu na uboczu, na terenie dawnego PGR-u. Dawniej był to pewnie folwark. Natomiast dwór należał do właścicieli Niebylca od wieków (wielokrotnie przebudowywany). Zdaje się, że dolna kamienna część pamięta jeszcze czasy renesansu (XVI w.), więc stał tutaj jeszcze dwór należący do jednych z pierwszych właścicieli miasteczka. Może niekoniecznie samych założycieli (założyciel był dziedzicem Jawornika), ale ich niedalekich następców. Górna część, tj. drewniana, pochodzi może z XIX w.

Mieszkamy w okolicach Niebylca już od 2 lat, ale na informacje o tym dworku natknąłem się dopiero wczoraj, przypadkiem, szukając czegoś o nagrobku stojącym obok kościoła w Niebylcu (z niewyraźnego napisu dało się na nim odczytać coś o Konfederacji Barskiej w 1768 (tu jest więcej na ten temat: Nagrobek Kajetana Junoszy Łempickiego). Kajetan Łempicki, ur. w 1740, był dziedzicem Niebylca, Małówki, Jawornika i Gwoździanki. Był uczestnikiem konf. barskiej, a nagrobek w 1863 wystawiła jego wnuczka. Na łożu śmierci mieszkał w Gwoździance (w 1830 r.). Jednak wcześniej – w 1779 założywszy rodzinę z Barbarą Biblianną de Ball, osiedli właśnie w niebyleckim dworze (w ew. zabytków istnieje taki wpis: „Rozbudowany po pożarze ok. 1772 r. (od strony wsch. i zach.). Ok. poł. XIX nadbudowa piętra […]”). Nb. Barbara była właścicielką licznych posiadłości w Bieszczadach. W 1800 zamieszkała w  Średniej Wsi, by doglądać majątków ojca i może Kajetan również (był fundatorem jednego z tamtejszych kościołów). Na dworze w Niebylcu gospodarowała więc może córka, może jakiś zarządca. Córka Zofia wyszła za Stanisława hr. Ankwicza (kiedy?). Spadkobierczynią majątku po nich została córka Henryka (Henrietta) z Ankwiczów, 1.v. Sołtykowa, 2.v. Kuczkowska – która wystawiła pomnik Kajetanowi przy niebyleckim kościele (z dziś już słabo widocznym napisem: „Tu spoczywa w Bogu Kajetan Junosza Łempicki dziedzic Niebylca, towarzysz chorągwi narodowej. W Konfederacji barskiej bronił Rzeczypospolitej pod Kościuszką, ur. 1740, zmarł 1830. Wielce szanownemu jedyna wnuczka i parafianka ku pamięci prosząc w 1863 r. Pamiętaj coś przyrzekł”). Hrabina Kuczkowska miała już spore kłopoty finansowe, stąd majątek (który sporo ucierpiał m.in. w czasie rabacji galicyjskiej) przeszedł pod licytację, potem wszedł w posiadanie bankiera wiedeńskiego, a potem Żydów. Ostatnim właścicielem – do roku 1939 – był Aszer Wałłach.

Dwór wydaje się być położony na uboczu, poza głównymi trasami, biegnącymi przez Niebylec. Jednak na mapie z lat 1763-1787 leży jak najbardziej przy głównej drodze w kierunku Rzeszowa, która w tamtym czasie nie biegła doliną, ale grzbietami.

Dwór jest wpisany do ewidencji zabytków pod nrem „A – 1084 05.03.81”, datowany na „XVI w. (?)”.

Miejsca

Kotlina Kłodzka

Posted by admin on

Co za przygnębiające doświadczenie. Jednocześnie jakby catharsis. Ponury deszczowy dzień w Polsce i – słonecznie na sąsiednich Czechach. Stamtąd – z drugiej strony granicy nad Polską, która zaczynała się na wysokości Orlich Gór, zwały chmur. Ale też inne kontrasty: w Czechach ładne miasteczka, odnowione domy, urokliwe uliczki (np. w Opočnie – oddalonym rzut beretem od przejścia w Kudowie-Zdr.). Po przejechaniu granicy – Lewin Kłodzki. Przygnębiające wrażenie. Odarte mury, najciekawsza kamienica w rynku – okna zabite dechami, na dachu rośnie drzewo. W kunszcie wykonania kolumn maryjnych i kapliczek widać dawną świetność tych ziem. Trudny temat.

Miejsca/Pisaniny

Ryga, Łotwa

Posted by admin on

Jadąc tutaj, zaopatrzyłem się obowiązkowo w przewodnik z wyd. Rewasz, które ma opinię skierowanego do turystów kwalifikowanych. Gwoli wyjaśnienia: taki dość powszechny model turystyki konsumpcyjnej nie jest wcale następnym wcieleniem turystyki biednej, namiotowej, krajoznawczej 🙂 Stąd wkurzył mnie zapis w owym przewodniku po Łotwie, że będąc w Rydze koniecznie trzeba spróbować tego, tego i tamtego dania (wydając na to połowę naszego budżetu na cały wyjazd). Ok, rozumiem, gdyby było napisane: tradycyjne dania na Łotwie to to i to, kto chętny, może próbować. Ale nie od razu, że koniecznie będąc w Rydze trzeba to wszamać i wydać fortunę. Tego po Rewaszu się nie spodziewałem. To tylko jedna rzecz, gdyby nie było innych, to chyba bym w ogóle się nie ciskał na ten przewodnik 🙂 ale ta dość cienka publikacja zawiera więcej podobnych niespodzianek. Np. nazbyt lakoniczny opis miasteczka Kieś (po łotewsku Cēsis). Po przeczytaniu notki w przewodniku byłem mocno zaskoczony tym, co tam zobaczyłem. Szkoda, że przewodnik tego nie oddaje, bo przeczytawszy o Kiesi, wcale jeszcze nie miałem nieprzemożonej ochoty tam jechać, sądząc, że to jedna z wielu podobnych miejscowości. Tymczasem opadła mi szczęka.

Z praktycznych wskazówek – na Łotwie podobnie jak na Litwie: można tankować LPG bez problemu. Kraj ten jest podobny do państw skandynawskich, różni się mocno pod tym względem od Litwy. Na Łotwie co chwila miałem skojarzenia z Finlandią. Jest to też z wyglądu bogatsze, bardziej zadbane miejsce, niż sądziłem – po kraju postsowieckim spodziewałem się raczej bloków z wielkiej płyty i przaśnej atmosfery – tymczasem jest ładnie i elegancko; współczesna architektura Rygi i okolic wprawiła mnie wręcz w zdumienie, świetne, porządnej klasy projekty budynków mieszkalnych, także domków jednorodzinnych, ciskające się w oczy tu i ówdzie, a nas są niebywałą rzadkością.

Ceny są wyższe niż u nas – niektóre artykuły są nawet 2-krotnie droższe. Ryga skupia większość mieszkańców kraju, natomiast tereny wiejskie są dość rzadko zaludnione, gospodarstwa ładne, ale rozrzucone. Sporo zachowanych świetnych budynków, drewnianych dworków czy murowanych jakby brytyjskich gospodarstw.

Sama Ryga – Stare Miasto – pełne turystów. Na Litwie słuchaliśmy, że pewna agencja skompromitowała się reklamą Wilna: przyjedź do nas, odetchniesz od tłumów turystów w Rydze. Chyba tak trochę jest. Architektura – przypomina Wrocław – przynajmniej jeśli chodzi o kamienice z okresu XIX/XX w. Na Starym Mieście bardzo ciężko znaleźć sklep spożywczy (nie byłem w stanie, choć obszedłem dość spory kwartał poza plantami – usytuowanymi w miejscu dawnych fortyfikacji – rozebranych, podobnie jak we Wrocławiu, z polecenia Napoleona czy ludzi mu podporządkowanych). Natomiast – co ciekawe – po przejściu na drugą stronę rzeki Dźwiny – momentalnie wchodzimy w inny świat – zwyczajny, codzienny, bez turystów, ze straganami warzywnymi koło przystanków i wodą za eurocenty w kiosku. Warto zaparkować po drugiej stronie rzeki, jest sporo wolnych miejsc i brak opłat. Może 15-minutowy przemarsz na drugą stronę – i już jesteśmy w turystycznej dżungli. Poniżej oddalona o rzut beretem druga strona.

Ryga – pełna protestanckich kościołów (zborów?), powstałych po reformacji, nieraz w katolickich świątyniach. Po objęciu tych terenów we władanie polski król na przełomie XVI i XVII w. sprowadził jezuitów i starał się przywrócić wiarę katolicką. Polacy władali w Rydze przez ok. 60 lat. Zdaje się, że to nie odbyło się wskutek zbrojnej inwazji, a dobrowolne oddanie się pod zarząd Rzeczpospolitej (lenno).

Na widok tego znaku zmroziło mnie. Upstrzona jest tym cała nabrzeżna żeliwna balustrada.

Charakterystyczne kamienice, ciekawe, że odbudowane od podstaw w 1945 r. (podobnie jak warszawska Starówka).

Kieś i kawałek charakterystycznej drewnianej architektury.