Daily Archives

3 Articles

Uncategorized

Niepokalanów

Posted by admin on

1 dzień w Niepokalanowie. Niepokalanów to klasztor oo. franciszkanów, wybudowany na polach podarowanych przez księcia Jana Druckiego-Lubeckiego, właściciela majątku Teresin. Na samym początku o. Kolbe postawił figurkę MB, która stoi do dziś (chociaż w 1992 wandale zniszczyli ją – została odbudowana). Za figurką w 1927 roztaczały się szczere pola (ostatecznie to było 25 hektarów). Wkrótce powstał pierwszy drewniany budynek – tuż za figurką stanęła kaplica-klasztor. Wchodziło się przez wąskie drzwi. Dzisiaj za tymi drzwiami jest zakrystia kaplicy-sanktuarium, zachowana jest tam drewniana malutka cela, w jakiej mieszkał na samym początku o. Kolbe.

O. Kolbe. Fot. Internet.

Ojciec Kolbe znany jest przede wszystkim z wydarzenia w czasie II wś., gdy oddał życie za współwięźnia. Tamten moment był jednak zakończeniem niezwykłej biografii. Chodząc po Niepokalanowie, zwiedza się po prostu efekt jego pracy. Już po kilku latach od postawania, pracowało tam kilkuset zakonników (w 1939 – 762 zakonników). Dziś – około 140. Wydawany był miesięcznik (Rycerz Niepokalanej), drukowany w milionowym nakładzie. Oprócz tego kilka innych wydawnictw.

Był tam ze mną ojciec Jacek, który poświęcił mi cały dzień. Wieczorem po kolacji poszliśmy się przejść do majątku Druckich-Lubeckich – kilka km – do sąsiedniej wsi (linia kolejowa do Warszawy stanowi granicę między Paprotnią a Teresinem – w Paprotni zlokalizowany jest klasztor). Pałac po odzyskaniu przez prawowitego właściciela – dziedzica – miał być przekazany ojcom. Franciszkanie jednak nie chcieli przyjąć tego daru; ostatecznie trafił do państwa i dzisiaj tam jest jakaś placówka wypoczynkowa KRUS-u, w której odbywają się gminne wydarzenia. Bardzo ładnie wyremontowany, lśni bielą. Jeszcze niedawno w ruinie.

Mądrą decyzją było nieprzyjęcie obiektu przez franciszkanów. No bo jak by to wyglądało: franciszkanie ślubujący ubóstwo właścicielami takiego obiektu.

Wracając do klasztoru: ogromne wrażenie robi wejście do celi o. Kolbe. Jest tam wiele zachowanych przedmiotów prywatnych. Przy jego sekretarzyku modlił się Jan Paweł II. Na obrazach Niemcy stąd zabierają ojca Kolbe do obozu; jednak w rzeczywistości był zabrany z placu na zewnątrz.

Ojciec Jacek zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. I w ogóle obcowanie z tym miejscem i z  zakonnikami sprawia, że rośnie sympatia do życia zakonnego – chciałoby się pożyć tak, jak oni.

Udało mi się przenocować w domu pielgrzyma, pokój 102. Noc w Niepokalanowie, jakieś 20 metrów od pierwszej drewnianej kaplicy. Nastawiłem budzik na 6.00, obudziłem się o 7.50. Zacząłem w pośpiechu nosić rzeczy do samochodu. Sprzątnąłem rozłożony komputer (wifi w Niepokalanowie działa bez zarzutu), sprzęty foto, ubrania. W trakcie mojego ogarniania się do drzwi zapukał o. Jacek, przyszedł po mnie – spóźnionego – na śniadanie. Już tylko ja jadłem (o. Jacek zjadł wcześniej, jak mnie jeszcze nie było). 8.30 miałem wyjechać, ale skusiłem się jeszcze na odwiedziny w księgarni. Pół godz. buszowania w książkach. Oczywiście szukałem coś o o. Kolbe.

Jeszcze parę słów o o. Jacku. Od słowa do słowa odnaleźliśmy parę wspólnych wątków. O. Jacek miał w telefonie numer do osoby, którą znam. Zaczynał też jeszcze jako świecki we wspólnocie, w której i ja. Z kolei jakiś czas temu w Rzeszowie znalazłem się w dość ciekawej sytuacji; zupełnie niespodziewanie wylądowałem w malutkiej sali konferencyjnej przy biurze dyrektora PGE, w której w gronie ok. 10 osób (głównie pracowników PGE) był Stanisław Szpunar, nr obozowy 133 z Auschwitz; obecny na słynnym apelu, gdy o. Kolbe ofiarował swoje życie za współwięźnia. Tam też opowiadał tę historię jeszcze raz. Ja znalazłem się tam jako osoba, która pomagła wejść po schodach prezesowi Okręgu Podkarpackiego ŚZŻAK, A. Szymańskiemu, który także był więźniem Auschwitz. Podczas spotkanie padło pytanie, ilu jeszcze więźniów Auschwitz żyje na Podkarpaciu. Panowie nie bez humoru popatrzyli na siebie: „No, ja i on”.

Za tydzień było Święto Energetyka (14 sierpnia), którego patronem jest św. Maksymilian Maria Kolbe. Pan Szpunar także miał się pojawić, a uroczystość miała odbyć się w świetlicy PGE. Przywiozłem cały sprzęt do nagrywania audio-video. Rejestrator miał stać na statywie, aparat miał rejestrować obraz.  Tym razem byłem doskonale przygotowany. Wpadłem obwieszony sprzętem, gdy Agnieszka, sekretarz Okręgu poinformowała mnie, że pan Stanisław nie przyjedzie, bo dwa dni wcześniej złamał rękę.

Tymczasem za parę tyg. miała też przyjechać ekipa z Niepokalanowa, by zrobić nagranie z panem Szpunarem do filmu. I rzeczywiście ta ekipa była, a w ekipie o. Jacek. Teraz opowiedział mi, jak to było. Pan Szpunar był już bardzo niekontaktowy. Słabo wyszło to nagranie. Agnieszka starała się go nakłonić do zwierzeń, ale on był już chyba wykończony tą złamaną ręką. To było już bardzo krótko przed jego śmiercią.

Obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Niemieckich Obozów Koncentracyjnych, fot. Łukasz Pompa

A tutaj pan Szpunar, czerwiec 2015.

Miejsca

Kresy (Ukraina samochodem)

Posted by admin on

Parę dni temu mieliśmy okazję z Madzią przewieźć się na ukraińską stronę granicy. To mój pierwszy wyjazd samochodem w tamte strony, bo dotąd odbywało się to zawsze przez piesze przejście graniczne. Najpierw do Przemyśla (pociągiem albo samochodem), potem 2zł busem do granicy w Medyce. Następnie pieszo przez granicę, co w tamtą stronę zawsze trwało dość szybko. Po drugiej stronie granicy znajduje się wioska Szeginie. Tam bus (marszrutka) do Lwowa kosztuje parę złotych. Zaletą takiego przekraczania granicy jest to, że można się dość łatwo wmieszać w tłum i nie zwracać na siebie uwagi.

Inaczej samochodem – rejestracja od razu zdradza narodowość kierowcy. Granicę przekroczyliśmy nie w Medyce a w Krościenku (szybciej, bo Krościenko leży na trasie autostrady – do Medyki trzeba by poświecić dodatkowe pół godz., co nie ma sensu o tyle, że w Krościenku jest przejście dobre, jak każde inne). Samochód pierwszy raz przejeżdżał granicę i chyba dlatego ukraińska celniczka wysłała mnie do jakichś kazamatów z poleceniem, bym skserował paszport i dowód osobisty samochodu. Weszliśmy do lekko obskórnej sali z kilkoma okienkami opisanymi cyrylicą, przy każdej stała mała kolejka, przy jednej ktoś się wykłócał. Udało mi się rozczytać kilka haseł w rodzaju „ujszczanie opłat weterynaryjnych”. Zrazu myślałem, że mam skorzystać z ksera w jednym z tych okienek. Ale coś mnie tknęło, by penetrować te wnętrze dalej – i rzeczywiście za jednym winklem ukazał się korytarz, na końcu którego po chwili dojrzałem wydrukowaną kartkę A4 z ukraińskim napisem „Ksero”, pod którym strzałka wskazywała dalszy kierunek marszu. W końcu znalazłem się w pokoiku, w którym siedzący za stolikiem jegomość skserował mi to za 2 zł.

Fajnie było jechać po Ukrainie. Stary passat dawał tę wolność, że wszędzie teraz, w te wszystkie magiczne miejsca, można było dojechać bezwłocznie, najkrótszą możliwą trasą. Skierowaliśmy się na Żółkiew – i dalej na północ – Mosty Wielkie. Tego dnia miała się tam odbyć uroczystość poświęcenia odbudowanego kościoła pw. św. Antoniego, na uroczystości miał być abp Mieczysław Mokrzycki. Nie będę opisywał szczegółów. Powiem jedynie, że to był bardzo udany dzień. Niezwykłe wydarzenie. Sam Mokrzycki to ciekawa postać, bo dość młody biskup, który mając 30-parę lat, jako ksiądz, trafił do pracy u boku Jana Pawła II jako drugi sekretarz (po ks. Dziwiszu) i pracował tam 9 lat – do śmierci papieża. Później był jeszcze przez 2 lata sekretarzem Benedykta XVI. W 2008 zastąpił bpa Jaworskiego na stanowisku biskupa diecezji lwowskiej, jest też przewodniczącym episkopatu Ukrainy. I teraz spędzilismy z nim jakieś 2 godziny we wnętrzu małego kościółka wspólnie z koncelebrującymi księżmi i dużą grupą Polaków i Ukraińców z Mostów Wielkich i dalszych okolic. Msza też była ciekawa, bo w połowie po ukraińsku, w połowie po polsku. Obecni jakby zdawali się nie widzieć różnicy. Śpiewali i odpowiadali w obu językach. Niezwykle brzmiały te polskie fragmenty z kresowym zaśpiewem. Abp Mokrzycki kazanie przeczytał po ukraińsku. Gdzieś w środku miałem pewien konflikt, bo z jednej strony chciałbym, by całość odbyła się po polsku, ale z drugiej – przecież Kościół nie jest narodowy, a to by tylko pogłębiło istniejący na Ukrainie stereotyp, że jeśli kościół katolicki to kościół polski. Kulturowo tak się utarło, ale przecież faktycznie tak nie jest. Jest przecież wielu Ukraińców, którzy są w Kościele Katolickim. Język polski w tym kościele to jest trochę tak jakby język liturgiczny, tak myślę.

Parę dni temu na Jasnej Górze wszedłem do księgarni i gdy tylko podszedłem do pierwszej półki z książkami, od razu rzuciła mi się w oczy książka – wywiad z abpem Mokrzyckim. Chyba po to tam wszedłem. Wziąłem książkę, zapłaciłem i po jakiejś minucie od wejścia opuściłem sklep.

Książkę tę (tytuł: „Sekretarz dwóch papieży. rozmowa z ks. arcybiskupem Mieczysławem Mokrzyckim”, wydanie pierwsze dodruk – 2017 r.) czyta się przyjemnie, szybko. Ciężko się oderwać. O swoim przydomku biskupim, jaki wybrał – „Pokora” – ks abp mówi:

Ma wskazywać, jak iść przez życie. Z pokorą wiąże się wiele treści. Na przykład jeśli ktoś jest pokorny, ma świadomość, że nie należy liczyć tylko na własne siły. Jest Pan Bóg i On nam pomaga. W życiu należy przyjmować Jego wolę. Przyjmować to, co Opatrzność Boża daje nam każdego dnia, w każdej chwili. Te wszystkie sytuacje i ludzi, których spotykamy. Oczywiście każdy ma jakieś plany, ambicje, aspiracje i nie należy z nich rezygnować. Ale pokora oznacza szukanie woli Bożej, tego, czego On oczekuje. Nie mamy skupiać się na sobie. Pokora wiąże się też z zawierzeniem Panu Bogu każdej chwili życia. I tych pięknych chwil, i tych trudnych.

Po uroczystości „podpięliśmy” się do polskiej pielgrzymki z Warszowic, która nocowała we lwowskim Seminarium Duchownym (w Brzuchowicach). Jedna z pań dodzwoniła się do Seminarium i okazało się, że jest dla nas miejsce. Powiedziała nam, że za nocleg płacą 70 zł z posiłkiem, a 35 zł bez pożywienia (i to była opcja dobra dla nas). Jadąc za autokarem zastanawiałem się tylko, czy policzą nam jeden nocleg, czy dwa noclegi (Madzia i ja). Jechaliśmy dość długo, może niecałą godzinę, pod koniec jeszcze zahaczając mocno o głębokie rogatki Lwowa.

Nocleg z rewelacyjnych warunkach. To chyba nowy obiekt, na bardzo dobrym poziomie. Taki elegancki dom pielgrzyma. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście w płatnościach zmieścimy się choćby w 100 zł – których równowartość miałem ze sobą. Alternatywnie można było udać się w poszukiwaniu bankomatu i wypłacić brakującą kwotę.

Rano przy recepcji podszedłem rozliczyć się za nocleg. Dyżurujący ksiądz (dyrektor?) machnął ręką mówiąc: jedliście coś? nie. Dooobrze… Uśmiechnął się, co znaczyło, że jesteśmy wolni, a nocleg był gratis.

Udaliśmy się na Stare Miasto we Lwowie, by coś zjeść. Madzia koniecznie chciała wejść na wieżę ratusza, chociaż przestrzegałem ją, że tam jest wysoko i nie będzie chciała wchodzić. Powiedziała, że na pewno będzie chciała. Ostatecznie stała wciśnięta w ścianę w wejściu na taras widokowy i wołała: tato, chodźmy już.

  

Co do śniadania: szukaliśmy chwilę. W końcu chowając się przed chłodnym wiatrem (Madzia dygotała), weszliśmy do lokalu naprzeciwko katedry, która nazywała się Lviv Croissants. Zjedliśmy dwa rogaliki, wypiliśmy latte i sok. Kosztowało nas to w sumie jakieś 15 zł.

Następny punkt programy to był BUSK – miasteczko jakieś 50 km na wschód od Lwowa. Mielismy odwiedzić naszego znajomego księdza Kamila, który trafił tutaj na rok posługi.

Ksiądz Kamil ucieszył się z naszej wizyty, bo zajęć w Busku ma niewiele. Jedynie ok. 90 parafian, msza co drugi dzień. Poza tym chyba nic. Koszenie trawy, od czasu do czasu jakieś katechezy. Ks. Kamil odprawia też msze w zamku w Olesku. Wczoraj – gdy my byliśmy w Mostach Wlk. – w Olesku miało miejsce ciekawe wydarzenie. Jest tam dawny klasztor (kapucynów), przejęty przez władze, zniszczony i zamknięty. Wezwanie kościoła klasztornego to św. Antoniego i co roku odprawiana jest msza odpustowa przed zamkniętymi wrotami klasztoru.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcia z profilu facebookowego ks. Kamila, mam nadzieję, że się nie obrazi (klasztor Olesko, odpust).

Kościół w Busku (św. Stanisława – z relikwiami św. Jana Pawła II, przy o których papież modlił się codziennie – podarowanymi przez ks. abpa Mokrzyckiego) to pierwszy kościół saletynów na ziemiach polskich. Dopiero potem powstały inne parafie – sanktuarium w Dębowcu i inne. Kościół barokowy, symetryczny (zakrystia za ołtarzem), odbudowany po zniszczeniach, jakich doznał w latach komuny. Obecny proboszcz, ks. Jan, opiekuje się nim od 20 lat.

Pałac Badenich w Busku (ten, w którym wychował się o. Joachim Badeni):

Zaczynamy powoli wracać z Ukrainy. Jeszcze przed granicą tankowanie. Odbywa się to tak, że przy dystrybutorze zawsze jest pracownik stacji (my tankujemy LPG). Trzeba mu powiedzieć, ile tankujemy (np. „do pełna”). Wtedy on łączy się z kasą, tam drugi pracownik otwiera zawór i dopiero ten pierwszy tankuje. Potem idę zapłacić do kasy. Cena niedużo niższa niż u nas (w Polsce ok. 1.90, na Ukrainie ok. 1.50). Zawór do gazu jest ten sam, co w Polsce, nic nie trzeba przykręcać itp. Z racji, że ceny nie są dużo niższe, nie zatankowalismy benzyny, choć przypuszczam, że większość kierowców zanim wróci do Polski, tankuje cały samochód do pełna.

Może to wzbudziło na granicy czujność celnika, gdy zapytał nas, ile mamy benzyny w baku (odparłem: niedużo, 10 litrów benzyny i może 20 gazu). Może tego typu pytania mają za zadanie wybadanie takiego podróżnika, czy nie jest podejrzany. Widocznie my byliśmy, dlatego po 7 godzinach w kolejce, gdzieś koło 1 w nocy (Madzia już spała w samochodzie), tuż przed opuszczeniem granicy, zostaliśmy jeszcze skierowani na szczegółową kontrolę samochodu. Całe szczęście, że granicznik przedzwonił, by puszczono nas w pierwszej kolejności (bo z dzieckiem). Tutaj celnik bardzo gadatliwy. Zdziwił się: z dzieckiem o tej porze? Do kolejki stanęliśmy o 18.00. Przeszukanie samochodu odbyło się dość sprawnie i drobiazgowo, ostukiwanie, rozkręcanie (bałem się, że zaraz znajdzie coś, o czym sam nie wiedziałem).

Z granicy zjechalismy dokładnie o 1.00.

Pisaniny/wiejskie życie

Wieś, środek sezonu

Posted by admin on

Dave Brubeck Essentials

Wieś – mieszkanie na niej – pozwala na dużo większą swobodę w kreowaniu swojego otoczenia. W mieście administracja wszystko załatwia. Ma to plusy i minusy. Wszystko jest wykonane wg standardu, jednakowo, człowiek ma niewielki wpływ, może co najwyżej pójść na zebranie i spróbować przeforsować swoje opcje. Ale ostatecznie wszystko toczy się poza nim, nawet nie wie kiedy ktoś kosi trawnik, wymienia papę na dachu.

Na wsi właściwie wszystko może być dowolnie kreowane. Przypominają mi się czasy dzieciństwa, gdy u babci z kuzynem budowaliśmy bazy po szopach. Co jakiś czas zmienialiśmy lokalizację i budowaliśmy nową bazę w nowym miejscu, na jakiejś półce, która normalnie służyła do trzymania drzwi od ciągnika i innych szpargałów, robiliśmy półki, wciągaliśmy jakieś stare siedzenia z samochodu, wcielaliśmy w życie każdy abstrakcyjny pomysł, jak właz w podłodze. Najlepsza baza miała nr 5 i istnieje do tej pory (chyba służy jako graciarnia).

To samo jest na wsi, można już będąc dorosłym właściwie powtarzać tamte schematy, tworząc nowe formy architektoniczne, jak chuśtawka, antresola, skalniak, posadzić drzewko, ścieżkę z kamieni, ze starych palet zbić ławkę, ażurową werandę na narzędzia, po której wieje wiatr, zmienić w pokoik, stajnię w warsztat, dawne pomieszczenie na zboże w garderobę tudzież magazyn ubrań i tak dalej. Dach zrobić z blachodachówki albo z gontu, piec zamontować w przedpokoju albo w piwnicy, podłogówkę w kuchni albo w pokoju. Idąc tym tropem: na dachu instalację z rurek, która bezkosztowo grzeje wodę albo panele słoneczne, ściany tynkować tanim tynkiem gipsowym albo bezpłatnie: gliną wykopaną w ogródku zmieszają z piaskiem. W bloku nie ma tych wszystkich możliwości.

Każdy człowiek ma naturalne pragnienie wolności. I chyba w głębi duszy każdy ma taką tęsknotę do zamieszkiwania na wsi. Nie zawsze to się jednak godzi z innymi planami, wizjami wymagającymi dużo większej swobody, wolności od takich gospodarskich obowiązków.

– – –

Koniec czerwca. Aż trudno uwierzyć, jak tutaj było w marcu. Mokro, zimno. Nagle wszystko się zazieleniło, trawa urosła po pas, nie widać spod niej krzaków porzeczek. Liście puścił nawet drąg wkopany w ziemię. Niekoszona trawa drogę zmieniła w malowniczy kanion, którym ciężko przejść nie smagając się długimi kłosami wiszącymi z obu stron. Rozsypana w piaskownicy kukurydza w ciągu paru dni stworzyła zielony dywan. Ciężko nawet ten cały rozkwit przyrody opanować, bo żeby doprowadzić do porządku tylko trawę, trzeba by skosić jakiś hektar pola żyłką, co fizycznie jest możliwe, ale wymagałoby jakichś 3 dni pracy i czasu, którego nie ma. Dlatego kosi się w miarę możliwości – najbliższe przyległości, to na co starcza czasu.

W głowie roi się masa pomysłów i tylko czasu nie starcza. Można by nawet oddać się samym tylko gospodarskim czynnościom i nie robić nic więcej, i tak całe dnie można by spędzać pracując i ciesząc się obecnością w tym miejscu.