Ten wpis powstaje z chęci zanotowania kilku refleksji odnośnie paru filmów i może tym samym rozpoczynam nowy cykl na blogu. Zobaczymy.

Na pierwszy ogień idzie…

„Irlandczyk” (2019)

Film reż. Scorsese, uzupełniający cykl charakterystycznych długometrażowych filmów o mafii, przestawiających życiorysy mafiozów na przestrzeni kilku dekad. Pierwsze co mi przychodzi do głowy to „Dawno temu w Ameryce” z 1984 r. Sergio Leone. W przypadku Irlandczyka główni aktorzy mają już swoje lata (de Niro, Al Pacino, Joe Pesci). Śmiesznie to wygląda, gdy np. wiekowy de Niro gra swojego bohatera, gdy był jeszcze młody… Gwoli uczciwości sprawdzam wiek granego przez de Niro Franka Sheerana, gdy zaczynamy śledzić jego przygody, czyli koło 1960, urodzony w 1920 miał wtedy koło 40 lat. OK, rzeczywiście zliftingowany de Niro może od biedy wygląda na bardzo zniszczonego 40-latka, ale raczej dałbym mu koło 55. Wygląda dziwnie. Szkoda, że reżyser nie zdecydował się na zaangażowanie młodszych aktorów przynajmniej do tej części filmu, w której bohaterowie są młodzi, zmieniając aktorów na starszych odpowiedników dopiero na pewnym etapie filmu, gdy mają oni już swoje lata. I zastanawiam się, czemu się tak nie stało. Rąbka tajemnicy uchylają materiały udostępnione przez Netflixa, z których można się dowiedzieć, że de Niro, który jest współproducentem filmu już dawno upatrzył sobie rolę Sheerana, widział siebie w tej roli. Jako koproducent musiał mieć ogromny wpływ na produkcję, więc może sam zadecydował, że swojego bohatera zagra od początku. Dziwnie to wygląda, bo po twarzy naprawdę widać, że to 70-kilku latek (może dlatego, że znamy role de Niro z młodości, może przez ten charakterystyczny uśmiech starszego człowieka z zagiętymi do dołu kącikami ust). Szkoda trochę, ale trudno. Fajnie by się oglądało te same role ale w wykonaniu jakichś młodszych bardziej ruchawych aktorów. De Niro wypadł chyba najgorzej, Pesci OK, Pacino – koncertowo (choć jego twarz wygląda dziwnie – ponoć komputerowe usuwanie zmarszczek).

Oczywiście do starszych aktorów nic nie mam. Dobry przykład to Clint Eastwood, że gdy są obsadzeni w adekwatnych rolach, może to być perłka – vide Przemytnik, Gran Torino. Gdy wspomnę te dwa filmy Eastwooda, zaczynam mieć poczucie ogromnej straty, że de Niro strwonił jakiś czas na granie w dziwnej roli Irlandczyka – tworząc coś na kształt gabinetu figur woskowych.

Scenariusz Irlandczyka jest rewelacyjny, podobnie scenografia i cały klimat, strona techniczna. Pięknie stworzony świat Stanów lat 60. Kompletnie nie da się tutaj do niczego przyczepić. Warto obejrzeć, choć pozostaje jakiś żal, że nie zrobiono tego trochę inaczej.

„The Walking Dead”

Jeden z popularniejszych seriali lat. 2010. (w okolicach 5 miejsca w rankingu). W tej chwili trwa 10 sezon. Pozostałe 9 dostępna jest na Netflixie. Nie miałem zamiaru oglądać całości, na pewno nie od deski do deski, głównie z racji braku czasu. Stąd spore partie przewijałem, tym prościej, że partie psychologiczne, nakreślane w długich rozmowach bohaterów, są jednym z głównych elementów fabuły.

Z technicznego punktu widzenia film jest dopracowany do perfekcji. Niesamowite, zapierające dech w piersiach scenerie świata postapokaliptycznego, porzucone samochody, domy, sklepy, w których baraszkują bohaterowie, szukając czegoś przydatnego. Na początku jest jeszcze sporo broni, jedzenia, paliwa. Z czasem te zasoby się kończą i jeśli udaje się znaleźć coś ciekawego to głównie są to rzeczy ukryte, czy w lokacjach, które nie są oczywiste (pełna ciężarówka jedzenia w zamkniętym garażu). Ten klimat postapokaliptyczny polubi każdy, kto lubi stać na przystanku w czasie deszczu.

Od razu przejdę do sedna. Sezon 7. Strasznie męczący, przytłaczający. Główni bohaterowie są pod ciągłą presją, zdominowani przez społeczność demonicznego Negala, który ma taką zasadę, że podporządkowuje sobie inne społeczności, które przetrwały apokalipsę, zmusza ich do tego, by dostarczali mu dobra (dość duże kontyngenty, np. 50% własnej produkcji), a kontakt z zasady rozpoczyna od zabicia jednej z osób, by stworzyć efekt i dać do zrozumienia, ze z nim nie ma żartów. Potrafi bardzo sprawnie manipulować, zdobyć nawet pewnego rodzaju ponurą sympatię. Grupy (istniejące w tym czasie w jego otoczeniu swoiste greckie miasta poleis) dają się mu podporządkować, tracąc nadzieję na wyrwanie się z tego tragicznego poddaństwa. Negal wcześniej wszystkie grupy rozbroił, nawiedza je kiedy chce i panoszy się okrutnie, wywierając dojmującą presję. Nasi bohaterowie tylko myślą, jak się wyrwać spod tej zależności, ale wszystkie próby kończą się w sposób po prostu tragiczny. Scenariusz skrojony jest perfekcyjnie, tok akcji pełen jest absolutnie dynamicznych zwrotów, gdy widzimy przez dłuższy czas tworzącą się okazję wyzwolenia, która jest za każdym razem brutalnie ucięta gdy już mamy pewność, że uda się skończyć z najeźdźcą. W widzu rośnie pragnienie, by w końcu wykończyć ekipę upiornych ciemiężców. Szczególnie, że okupacja dłuży się kolejne epizody i poczucie beznadziei jest okropne. Jak bardzo to jest podobne do sytuacji II wś. i jak bardzo rozjaśnia motywy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Budująca jest przyjazna bardzo mocna więź głównych bohaterów. W świecie, gdy prawie wszyscy stali się beznamiętnymi mordercami, myślącymi jedynie o własnym przetrwaniu kosztem innych, grupa naszych bohaterów jest jedną z nielicznych, kierujących się dość mocno etycznymi przesłankami, mająca – często wprost z zasady – ludzkie odruchy. Pomijam oczywiście pewną demoralizację czy brutalność. Ale ta praktycznie rodzinna relacja bohaterów jest hipnotyczna. Te relacje trochę zanikają w 8 sezonie, bohaterowie oddalają się od siebie, np. stają na czele różnych oddalonych od siebie placówek – wspomnianych państewek – poleis.

Kadr z filmu The Walking Dead

„Król” (2019)

Przykład tego, jak powinno robić się kino historyczne. Jakkolwiek twórcy mieli ułatwioną rolę, bo scenariusz opiera się na dwóch dramach Szekspira, więc dialogi i w ogóle sploty akcji są doskonałe. Król jest dowodem na to, że prosty ascetyczny film (raptem kilka lokacji, sporo scen w plenerze – łąki, pola, lasy) można zrobić po prostu dobrze i nie musi to wyglądać jak Teatr Telewizji.

Kadr z filmu „Król”

Dodaj komentarz