Category Archives

12 Articles

Miejsca

Maluch, cerkiew, deszcz, Bieszczady

Posted by admin on

Kilka dni w Bieszczadach.

Patrząc na tego maluszka, przypomniałem sobie, że własnie pojazd tej marki dowiózł mnie w Bieszczady po raz pierwszy (może to TEN maluszek??). Jechaliśmy z kolegą autostopem chyba do Cisnej. Padał deszcz.

Ten deszcz towarzyszył mi podczas siedmiu pierwszych wizyt w Bieszczadach, dopiero za ósmym razem była pogoda i można było wejść na górkę. Tamte 7 razy – chciałbym wiedzieć, co wtedy robiliśmy. Na pewno czas minął nam „w dolinach”, na polu namiotowym w Wetlinie, w „Bazie Ludzi z Mgły”, w Siekierezadzie w Cisnej.

A na zdjęciach cerkwie bojkowskie w Rzepedzi i Turzańsku.

Miejsca

Kolbuszowa – św. Albert.

Posted by admin on

Kościół na uboczu miasta, parafia obejmuje fragment Kolbuszowej i kilka okolicznych wiosek.

Po wejściu do środka – zapiera dech w piersiach. Polichromie – powstały bardzo niedawno, może 1-2 lata temu. Autorem jest grupa artystów z Ukrainy, kształconych w szkołach cerkiewnych. Malarze są wyznania grekokatolickiego, głęboko wierzący. I już kilka takich arcydzieł powstało w okolicy, m.in. w Zaczerniu.

I ostatnia myśl: takie wnętrze nie powstałoby, gdyby nie bliskość Polski i Ukrainy, tego styku kultur. Chyba wzajemnie wzbogacających się. Coś, co zanikło kompletnie po II wś., kiedy Galicja została brutalnie rozdzielona granicą Polski i ZSRR. Oddziaływanie zduszone. Teraz jakby odradza się i byle tak dalej.

Co do stylu – jak widać, nie jest to kreska znana z ikon, postaci są realistyczne, wręcz – wyidealizowane. Ponoć jest to nawiązanie do stylu starszego od ikon, tj. stylu bizantyjskiego (szczególnie namalowane mozajki).

Miejsca

Góry Bystrzyckie – dolnośląski Beskid Niski

Posted by admin on

Pogranicze polsko-czeskie w południowo-zachodniej części Ziemi Kłodzkiej. Jest tam wieś Lesica – kiedyś 500 mieszkańców, około 70 gospodarstw. Dzisiaj żyje tutaj 15 osób, w tym sołtys ze swoją żoną, prowadzący kronikę Lesicy i będący tak naprawdę kimś w rodzaju kustoszów z konieczności. Choć jest to funkcja karkołomna i niemożliwa do wykonania dla dwojga ludzi. Dlatego okolica niestety popada coraz bardziej w ruinę. W domach, z których z pomocą szalonego pastucha wypadły drzwi, pasą się krowy. Przy drogach i w polach – zupełnie jak w Beskidzie Niskim – stoją samotne kapliczki – czy częściej – figury barokowych świętych. Świętego Nepomucena – bardzo popularnego w tych okolicach. Daty wybite z przodu lub z tyłu cokołów oscylują w okolicach XVIII w. Ta kamieniarka to tzw. szkoła lesicka – więc dzieło artystów właśnie tej wsi. Choć kunsztem sugerują, że przyjechały z jakichś odległych, może wiedeńskich warsztatów. Podobnie w Beskidzie Niskim – który obsiany jest krzyżami rzemieślników z Bartnego.

Głównym zabytkiem każdej wsi jest barokowy kościół, stojący trochę w osamotnieniu, otoczony łąkami. Wnętrze bogato zdobione polichromiami. Mnóstwo pozostałości po dawnej społeczności. Zachowały się nawet drewniane zasłony, którymi zasłaniano okna kościoła w czasie nalotów bombowych. Na wieży – mechanizm zegara. Sołtys, pan Andrzej, wyremontował go, dzięki czemu dziś działa. Jednak rzadko kiedy ktoś go nakręca.

Najstarszy dom w Lesicy (początek XIX w.). Niedawno jeszcze kompletny, ktoś wpadł jednak na pomysł, by rozebrać część gospodarczą, odsłaniając wnętrze chałupy na działanie warunków atmosferycznych.

Zaczyna się od niewielkiej dziury w dachu – by w ciągu kilku lat dom zmienił się w ruinę.

Drewniany kościółek w Kamieńczyku, przy nim stoi pustelnia, na ścianach i murze stare żeliwne i drewniane krzyże.

Amerykańskie guziki – pozostałości po obozie jenieckim.

Książka, którą jedna babcia paliła w piecu – większą jej część udało się jeszcze uratować, zamieniając się za współczesną makulaturę.

Obrazek św. Leonarda – wisiał w tej okolicy nad wejściem do każdej stajni.

Nazwiska zmarłych na desce organów w kościele w Lesicy.

Widok z wnętrza kościoła.

 

Miejsca

Asyż

Posted by admin on
W Asyżu stoją dwie bazyliki, jedna św. Klary, druga św. Franciszka. Są oddalone jakieś 2 km (w praktyce to prawie dwa krańce miasta). W obu spoczywają ciała tych zacnych świętych.
W jednej z kaplic bazyliki św. Klary – oryginał (pierwowzór) krzyża franciszkańskiego. W podziemiach ciało św. Klary za szybą – wrażenie obecności.
Św. Franciszek spoczywa w towarzystwie czterech braci, pochowanych w 4 narożnikach kaplicy. Pośrodku grobowiec św. Franciszka. Cała dwupoziomowa bazylika robi piorunujące wrażenie. Na jednym z fresków najstarsze przedstawienie postaci św. Franciszka (znany wizerunek). Udało mi się zrobić zdjęcie, chociaż absolutny zakaz fotografowania i kościelni patrzący na ruch komórką każdego z pielgrzymów/zwiedzających. W razie potrzeby wołający przez głośnik „no pictures!!”. Pośród tego przemykam ze statywem pod pachą i odbezpieczonym aparatem w ręku. Może nie wzbudzającym podejrzeń, bo sprawiającym wrażenie, że w rozłączeniu ze statywem rozbrojony.
Miejsca

Kotlina Kłodzka

Posted by admin on

Co za przygnębiające doświadczenie. Jednocześnie jakby catharsis. Ponury deszczowy dzień w Polsce i – słonecznie na sąsiednich Czechach. Stamtąd – z drugiej strony granicy nad Polską, która zaczynała się na wysokości Orlich Gór, zwały chmur. Ale też inne kontrasty: w Czechach ładne miasteczka, odnowione domy, urokliwe uliczki (np. w Opočnie – oddalonym rzut beretem od przejścia w Kudowie-Zdr.). Po przejechaniu granicy – Lewin Kłodzki. Przygnębiające wrażenie. Odarte mury, najciekawsza kamienica w rynku – okna zabite dechami, na dachu rośnie drzewo. W kunszcie wykonania kolumn maryjnych i kapliczek widać dawną świetność tych ziem. Trudny temat.

Miejsca/Pisaniny

Ryga, Łotwa

Posted by admin on

Jadąc tutaj, zaopatrzyłem się obowiązkowo w przewodnik z wyd. Rewasz, które ma opinię skierowanego do turystów kwalifikowanych. Gwoli wyjaśnienia: taki dość powszechny model turystyki konsumpcyjnej nie jest wcale następnym wcieleniem turystyki biednej, namiotowej, krajoznawczej 🙂 Stąd wkurzył mnie zapis w owym przewodniku po Łotwie, że będąc w Rydze koniecznie trzeba spróbować tego, tego i tamtego dania (wydając na to połowę naszego budżetu na cały wyjazd). Ok, rozumiem, gdyby było napisane: tradycyjne dania na Łotwie to to i to, kto chętny, może próbować. Ale nie od razu, że koniecznie będąc w Rydze trzeba to wszamać i wydać fortunę. Tego po Rewaszu się nie spodziewałem. To tylko jedna rzecz, gdyby nie było innych, to chyba bym w ogóle się nie ciskał na ten przewodnik 🙂 ale ta dość cienka publikacja zawiera więcej podobnych niespodzianek. Np. nazbyt lakoniczny opis miasteczka Kieś (po łotewsku Cēsis). Po przeczytaniu notki w przewodniku byłem mocno zaskoczony tym, co tam zobaczyłem. Szkoda, że przewodnik tego nie oddaje, bo przeczytawszy o Kiesi, wcale jeszcze nie miałem nieprzemożonej ochoty tam jechać, sądząc, że to jedna z wielu podobnych miejscowości. Tymczasem opadła mi szczęka.

Z praktycznych wskazówek – na Łotwie podobnie jak na Litwie: można tankować LPG bez problemu. Kraj ten jest podobny do państw skandynawskich, różni się mocno pod tym względem od Litwy. Na Łotwie co chwila miałem skojarzenia z Finlandią. Jest to też z wyglądu bogatsze, bardziej zadbane miejsce, niż sądziłem – po kraju postsowieckim spodziewałem się raczej bloków z wielkiej płyty i przaśnej atmosfery – tymczasem jest ładnie i elegancko; współczesna architektura Rygi i okolic wprawiła mnie wręcz w zdumienie, świetne, porządnej klasy projekty budynków mieszkalnych, także domków jednorodzinnych, ciskające się w oczy tu i ówdzie, a nas są niebywałą rzadkością.

Ceny są wyższe niż u nas – niektóre artykuły są nawet 2-krotnie droższe. Ryga skupia większość mieszkańców kraju, natomiast tereny wiejskie są dość rzadko zaludnione, gospodarstwa ładne, ale rozrzucone. Sporo zachowanych świetnych budynków, drewnianych dworków czy murowanych jakby brytyjskich gospodarstw.

Sama Ryga – Stare Miasto – pełne turystów. Na Litwie słuchaliśmy, że pewna agencja skompromitowała się reklamą Wilna: przyjedź do nas, odetchniesz od tłumów turystów w Rydze. Chyba tak trochę jest. Architektura – przypomina Wrocław – przynajmniej jeśli chodzi o kamienice z okresu XIX/XX w. Na Starym Mieście bardzo ciężko znaleźć sklep spożywczy (nie byłem w stanie, choć obszedłem dość spory kwartał poza plantami – usytuowanymi w miejscu dawnych fortyfikacji – rozebranych, podobnie jak we Wrocławiu, z polecenia Napoleona czy ludzi mu podporządkowanych). Natomiast – co ciekawe – po przejściu na drugą stronę rzeki Dźwiny – momentalnie wchodzimy w inny świat – zwyczajny, codzienny, bez turystów, ze straganami warzywnymi koło przystanków i wodą za eurocenty w kiosku. Warto zaparkować po drugiej stronie rzeki, jest sporo wolnych miejsc i brak opłat. Może 15-minutowy przemarsz na drugą stronę – i już jesteśmy w turystycznej dżungli. Poniżej oddalona o rzut beretem druga strona.

Ryga – pełna protestanckich kościołów (zborów?), powstałych po reformacji, nieraz w katolickich świątyniach. Po objęciu tych terenów we władanie polski król na przełomie XVI i XVII w. sprowadził jezuitów i starał się przywrócić wiarę katolicką. Polacy władali w Rydze przez ok. 60 lat. Zdaje się, że to nie odbyło się wskutek zbrojnej inwazji, a dobrowolne oddanie się pod zarząd Rzeczpospolitej (lenno).

Na widok tego znaku zmroziło mnie. Upstrzona jest tym cała nabrzeżna żeliwna balustrada.

Charakterystyczne kamienice, ciekawe, że odbudowane od podstaw w 1945 r. (podobnie jak warszawska Starówka).

Kieś i kawałek charakterystycznej drewnianej architektury.

Miejsca/Pisaniny

Litwa, Wilno, Wileńszczyzna

Posted by admin on

Postanowiłem napisać parę praktycznych wskazówek nt. eskapady na Litwę, bo sam wcześniej byłem w potrzebie przeczytania czegoś podobnego i teraz może się komuś przyda. (Na początku praktyczne informacje, a potem trochę wynurzeń).

Otóż: nasza samochód jest na gaz LPG i ten gaz można tankować bez problemu na Litwie. Tak jak w Polsce. Czasem nawet da się trafić stację Orlen i wtedy już można poczuć się zupełnie jak w domu. Druga sprawa, że w Wilnie czy na Wileńszczyźnie można spokojnie zagaić po polsku i każdy zrozumie, a nawet odpowie po polsku (albo po rosyjsku). Ponoć nie wszędzie tak jest, np. w Kownie już nie bardzo, tam posługują się litewskim i nie rozumieją po polsku (niesprawdzone info). Przed wojną Kowieńszczyzna była w granicach Litwy i stąd Polaków jest na tamtym terenie dużo mniej, ale są, choć nie wiem jak im się udało tak długo zachować język. Np. w wiosce Wędziagoła, gdzie jest parafia rodzinna Czesława Miłosza (i gdzie od 1992 był wiele razy), ludzie mówią po polsku, a w kościele w niedzielę są dwie msze: po polsku na 9.00 i litewsku na 10.00 (a ksiądz jest Litwinem).

Druga sprawa: telefon, karta, GPS, nawigacja. Ja korzystam z nawigacji w mapach Google w telefonie, która wymaga, aby telefon był połączony z internetem. Na Litwie taka nawigacja może się przydać, szczególnie gdy chce się pokluczyć po wioskach albo przejechać przez Wilno. Po prostu można zaoszczędzić trochę czasu. Po wpisaniu trasy przejazdu w Polsce, aplikacja pobiera sobie informacje i można dojechać do celu na Litwie, telefon cały czas będzie pokazywał trasę. Gorzej, gdy na Litwie na chwilę wyłączy się nawiagację, później nie można jej już włączyć z powrotem niestety. Dlatego warto się zaopatrzyć w litewską kartę do telefonu. Ja kupiłem taką za 2 euro (ok. 8 zł) na Orlenie (sprzedawca polecił, że ta jest najbardziej korzystna). Po włożeniu karty do telefonu miałem 25 minut darmowych połączeń na Litwie, a oprócz tego 1GB internetu przez miesiąc (przez miesiąc jeżdżenia na nawigacji zużywa się ok. 0,5 GB). Po włożeniu karty trzeba ją aktywować wpisując PIN, który jest na opakowaniu od karty. Po tej oparcji trzeba odczekać jakieś pół do godziny zanim internet zacznie działać.

A teraz trochę wynurzeń. Otóż: ostatnio pisałem o Niepokalanowie. Co ciekawe, ta wizyta na Litwie była konsekwencją Niepokalanowa, bo umówiliśmy się z o. Jackiem, że mógłbym zrobić zdjęcia we franciszkańskich klasztorach na Litwie (są 3); dostałem kontakt do o. Piotra z Miednik, który zgodził się na takie zdjęcia i ucieszył z tego pomysłu. Zaprosił nas do Miednik, z czego z radością skorzystaliśmy. https://goo.gl/maps/yiikDMdRxjK2 – a tutaj panoramy z tego miejsca. O. Piotra nie było (miał w tym czasie wyjazd w góry), ale był o. Andrzej, z którym spędziliśmy dwa dni.

Drugim obiektem, który odwiedziliśmy, był ledwo odzyskany kościół w Wilnie wraz z klasztorem (był to pierwszy klasztor jaki powstał na Litwie). Można go zwiedzić w tym miejscu: https://goo.gl/maps/aUSnbVkhK6E2

Na Litwie nabożeństwem darzone są zwłaszcza dwa wizerunki: obraz Jezusa Miłosiernego, ale nie taki, jak u nas, tylko pierwsza wersja obrazu (na zdjęciach poniżej). Jest to prawdopodobnie związane z tym, że oryginał tego obrazu znajduje się w Wilnie, w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Poniżej widoczny jest ten obraz w kościele w Miednikach i – oryginał z sanktuarium w Wilnie. Ten wizerunek jest o tyle ciekawy, że twarz Jezusa pasuje dokładnie do twarzy z Całunu Turyńskiego. Jedna z sióstr ze zgromadzenia założonego przez ks. Sopoćkę wyjaśniła mi, że P.Jezus przez szacunek do ówczesnego zwyczaju, błogosławi ręką na wysokość ramion, tak jak wówczas błogosławili księża. Drugi ważny wizerunek to obraz MB Ostrobramskiej, który również jest w każdym kościele. Na zdjęciach widoczny wizerunek z kościoła w Miednikach i oryginał z Ostrej Bramy. Są też zdjęcia z Wędziagoły, przy dzwonie pan Ryszard, lokalny działacz i polski patriota. Gościł nieraz Czesława Miłosza. Rozmawialiśmy może półtorej godz. Opowiadał np., że Litwini kompletnie nie interesowali się Miłoszem, nawet jak przyjeżdżał, to w szkole, gdzie chciał trochę go zareklamować, powiedzieli mu, że jeśli to polski poeta, to ich nie interesuje (i w ogóle nawet nie wiedzieli, kto to zacz). W kościele w Wędziagole jest też słynący łaskami krzyż, legenda głosi, że z oddalonego o 30 km Kowna pieszo wędrował do niego nawet Adam Mickiewicz, by pomodlić się w kościółku. Widoczna ruina dworku znajduje się w Szumsku (lub tuż poza granicami wioski).

Miejsca

Kresy (Ukraina samochodem)

Posted by admin on

Parę dni temu mieliśmy okazję z Madzią przewieźć się na ukraińską stronę granicy. To mój pierwszy wyjazd samochodem w tamte strony, bo dotąd odbywało się to zawsze przez piesze przejście graniczne. Najpierw do Przemyśla (pociągiem albo samochodem), potem 2zł busem do granicy w Medyce. Następnie pieszo przez granicę, co w tamtą stronę zawsze trwało dość szybko. Po drugiej stronie granicy znajduje się wioska Szeginie. Tam bus (marszrutka) do Lwowa kosztuje parę złotych. Zaletą takiego przekraczania granicy jest to, że można się dość łatwo wmieszać w tłum i nie zwracać na siebie uwagi.

Inaczej samochodem – rejestracja od razu zdradza narodowość kierowcy. Granicę przekroczyliśmy nie w Medyce a w Krościenku (szybciej, bo Krościenko leży na trasie autostrady – do Medyki trzeba by poświecić dodatkowe pół godz., co nie ma sensu o tyle, że w Krościenku jest przejście dobre, jak każde inne). Samochód pierwszy raz przejeżdżał granicę i chyba dlatego ukraińska celniczka wysłała mnie do jakichś kazamatów z poleceniem, bym skserował paszport i dowód osobisty samochodu. Weszliśmy do lekko obskórnej sali z kilkoma okienkami opisanymi cyrylicą, przy każdej stała mała kolejka, przy jednej ktoś się wykłócał. Udało mi się rozczytać kilka haseł w rodzaju „ujszczanie opłat weterynaryjnych”. Zrazu myślałem, że mam skorzystać z ksera w jednym z tych okienek. Ale coś mnie tknęło, by penetrować te wnętrze dalej – i rzeczywiście za jednym winklem ukazał się korytarz, na końcu którego po chwili dojrzałem wydrukowaną kartkę A4 z ukraińskim napisem „Ksero”, pod którym strzałka wskazywała dalszy kierunek marszu. W końcu znalazłem się w pokoiku, w którym siedzący za stolikiem jegomość skserował mi to za 2 zł.

Fajnie było jechać po Ukrainie. Stary passat dawał tę wolność, że wszędzie teraz, w te wszystkie magiczne miejsca, można było dojechać bezwłocznie, najkrótszą możliwą trasą. Skierowaliśmy się na Żółkiew – i dalej na północ – Mosty Wielkie. Tego dnia miała się tam odbyć uroczystość poświęcenia odbudowanego kościoła pw. św. Antoniego, na uroczystości miał być abp Mieczysław Mokrzycki. Nie będę opisywał szczegółów. Powiem jedynie, że to był bardzo udany dzień. Niezwykłe wydarzenie. Sam Mokrzycki to ciekawa postać, bo dość młody biskup, który mając 30-parę lat, jako ksiądz, trafił do pracy u boku Jana Pawła II jako drugi sekretarz (po ks. Dziwiszu) i pracował tam 9 lat – do śmierci papieża. Później był jeszcze przez 2 lata sekretarzem Benedykta XVI. W 2008 zastąpił bpa Jaworskiego na stanowisku biskupa diecezji lwowskiej, jest też przewodniczącym episkopatu Ukrainy. I teraz spędzilismy z nim jakieś 2 godziny we wnętrzu małego kościółka wspólnie z koncelebrującymi księżmi i dużą grupą Polaków i Ukraińców z Mostów Wielkich i dalszych okolic. Msza też była ciekawa, bo w połowie po ukraińsku, w połowie po polsku. Obecni jakby zdawali się nie widzieć różnicy. Śpiewali i odpowiadali w obu językach. Niezwykle brzmiały te polskie fragmenty z kresowym zaśpiewem. Abp Mokrzycki kazanie przeczytał po ukraińsku. Gdzieś w środku miałem pewien konflikt, bo z jednej strony chciałbym, by całość odbyła się po polsku, ale z drugiej – przecież Kościół nie jest narodowy, a to by tylko pogłębiło istniejący na Ukrainie stereotyp, że jeśli kościół katolicki to kościół polski. Kulturowo tak się utarło, ale przecież faktycznie tak nie jest. Jest przecież wielu Ukraińców, którzy są w Kościele Katolickim. Język polski w tym kościele to jest trochę tak jakby język liturgiczny, tak myślę.

Parę dni temu na Jasnej Górze wszedłem do księgarni i gdy tylko podszedłem do pierwszej półki z książkami, od razu rzuciła mi się w oczy książka – wywiad z abpem Mokrzyckim. Chyba po to tam wszedłem. Wziąłem książkę, zapłaciłem i po jakiejś minucie od wejścia opuściłem sklep.

Książkę tę (tytuł: „Sekretarz dwóch papieży. rozmowa z ks. arcybiskupem Mieczysławem Mokrzyckim”, wydanie pierwsze dodruk – 2017 r.) czyta się przyjemnie, szybko. Ciężko się oderwać. O swoim przydomku biskupim, jaki wybrał – „Pokora” – ks abp mówi:

Ma wskazywać, jak iść przez życie. Z pokorą wiąże się wiele treści. Na przykład jeśli ktoś jest pokorny, ma świadomość, że nie należy liczyć tylko na własne siły. Jest Pan Bóg i On nam pomaga. W życiu należy przyjmować Jego wolę. Przyjmować to, co Opatrzność Boża daje nam każdego dnia, w każdej chwili. Te wszystkie sytuacje i ludzi, których spotykamy. Oczywiście każdy ma jakieś plany, ambicje, aspiracje i nie należy z nich rezygnować. Ale pokora oznacza szukanie woli Bożej, tego, czego On oczekuje. Nie mamy skupiać się na sobie. Pokora wiąże się też z zawierzeniem Panu Bogu każdej chwili życia. I tych pięknych chwil, i tych trudnych.

Po uroczystości „podpięliśmy” się do polskiej pielgrzymki z Warszowic, która nocowała we lwowskim Seminarium Duchownym (w Brzuchowicach). Jedna z pań dodzwoniła się do Seminarium i okazało się, że jest dla nas miejsce. Powiedziała nam, że za nocleg płacą 70 zł z posiłkiem, a 35 zł bez pożywienia (i to była opcja dobra dla nas). Jadąc za autokarem zastanawiałem się tylko, czy policzą nam jeden nocleg, czy dwa noclegi (Madzia i ja). Jechaliśmy dość długo, może niecałą godzinę, pod koniec jeszcze zahaczając mocno o głębokie rogatki Lwowa.

Nocleg z rewelacyjnych warunkach. To chyba nowy obiekt, na bardzo dobrym poziomie. Taki elegancki dom pielgrzyma. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście w płatnościach zmieścimy się choćby w 100 zł – których równowartość miałem ze sobą. Alternatywnie można było udać się w poszukiwaniu bankomatu i wypłacić brakującą kwotę.

Rano przy recepcji podszedłem rozliczyć się za nocleg. Dyżurujący ksiądz (dyrektor?) machnął ręką mówiąc: jedliście coś? nie. Dooobrze… Uśmiechnął się, co znaczyło, że jesteśmy wolni, a nocleg był gratis.

Udaliśmy się na Stare Miasto we Lwowie, by coś zjeść. Madzia koniecznie chciała wejść na wieżę ratusza, chociaż przestrzegałem ją, że tam jest wysoko i nie będzie chciała wchodzić. Powiedziała, że na pewno będzie chciała. Ostatecznie stała wciśnięta w ścianę w wejściu na taras widokowy i wołała: tato, chodźmy już.

  

Co do śniadania: szukaliśmy chwilę. W końcu chowając się przed chłodnym wiatrem (Madzia dygotała), weszliśmy do lokalu naprzeciwko katedry, która nazywała się Lviv Croissants. Zjedliśmy dwa rogaliki, wypiliśmy latte i sok. Kosztowało nas to w sumie jakieś 15 zł.

Następny punkt programy to był BUSK – miasteczko jakieś 50 km na wschód od Lwowa. Mielismy odwiedzić naszego znajomego księdza Kamila, który trafił tutaj na rok posługi.

Ksiądz Kamil ucieszył się z naszej wizyty, bo zajęć w Busku ma niewiele. Jedynie ok. 90 parafian, msza co drugi dzień. Poza tym chyba nic. Koszenie trawy, od czasu do czasu jakieś katechezy. Ks. Kamil odprawia też msze w zamku w Olesku. Wczoraj – gdy my byliśmy w Mostach Wlk. – w Olesku miało miejsce ciekawe wydarzenie. Jest tam dawny klasztor (kapucynów), przejęty przez władze, zniszczony i zamknięty. Wezwanie kościoła klasztornego to św. Antoniego i co roku odprawiana jest msza odpustowa przed zamkniętymi wrotami klasztoru.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcia z profilu facebookowego ks. Kamila, mam nadzieję, że się nie obrazi (klasztor Olesko, odpust).

Kościół w Busku (św. Stanisława – z relikwiami św. Jana Pawła II, przy o których papież modlił się codziennie – podarowanymi przez ks. abpa Mokrzyckiego) to pierwszy kościół saletynów na ziemiach polskich. Dopiero potem powstały inne parafie – sanktuarium w Dębowcu i inne. Kościół barokowy, symetryczny (zakrystia za ołtarzem), odbudowany po zniszczeniach, jakich doznał w latach komuny. Obecny proboszcz, ks. Jan, opiekuje się nim od 20 lat.

Pałac Badenich w Busku (ten, w którym wychował się o. Joachim Badeni):

Zaczynamy powoli wracać z Ukrainy. Jeszcze przed granicą tankowanie. Odbywa się to tak, że przy dystrybutorze zawsze jest pracownik stacji (my tankujemy LPG). Trzeba mu powiedzieć, ile tankujemy (np. „do pełna”). Wtedy on łączy się z kasą, tam drugi pracownik otwiera zawór i dopiero ten pierwszy tankuje. Potem idę zapłacić do kasy. Cena niedużo niższa niż u nas (w Polsce ok. 1.90, na Ukrainie ok. 1.50). Zawór do gazu jest ten sam, co w Polsce, nic nie trzeba przykręcać itp. Z racji, że ceny nie są dużo niższe, nie zatankowalismy benzyny, choć przypuszczam, że większość kierowców zanim wróci do Polski, tankuje cały samochód do pełna.

Może to wzbudziło na granicy czujność celnika, gdy zapytał nas, ile mamy benzyny w baku (odparłem: niedużo, 10 litrów benzyny i może 20 gazu). Może tego typu pytania mają za zadanie wybadanie takiego podróżnika, czy nie jest podejrzany. Widocznie my byliśmy, dlatego po 7 godzinach w kolejce, gdzieś koło 1 w nocy (Madzia już spała w samochodzie), tuż przed opuszczeniem granicy, zostaliśmy jeszcze skierowani na szczegółową kontrolę samochodu. Całe szczęście, że granicznik przedzwonił, by puszczono nas w pierwszej kolejności (bo z dzieckiem). Tutaj celnik bardzo gadatliwy. Zdziwił się: z dzieckiem o tej porze? Do kolejki stanęliśmy o 18.00. Przeszukanie samochodu odbyło się dość sprawnie i drobiazgowo, ostukiwanie, rozkręcanie (bałem się, że zaraz znajdzie coś, o czym sam nie wiedziałem).

Z granicy zjechalismy dokładnie o 1.00.

Miejsca

Eugeniusz Mucha

Posted by admin on

img_5227_m

Obraz trzeba tworzyć tak, jakby następnego dnia miało się umrzeć – powiedział ten – dlaczego? – nieznany – albo po prostu mnie dotąd nieznany artysta, Eugeniusz Mucha. Zmarł w 2012, jest autorem wystroju wnętrz (polichromii) kilku podkarpackich kościołów. Jakieś 3 tyg. temu byłem we wnętrzu jednego z nich – w Lutczy. Z zewnątrz świątynia raczej niezwracająca uwagi, współczesna, budowana w połowie XX w. Natomiast w środku album wielkiego artysty. Wiele poruszających scen, namalowanych na ścianach, często w bardzo niedostępnych miejscach, wysoko, jakby nie człowiek miał je oglądać.

Powyżej jedno ze zdjęć dość dobrze dostępnych na ścianie w kaplicy św. Józefa na tyłach prezbiterium.

Miejsca

Unici

Posted by admin on

img_8845_m

Z domu wyjechałem po 5 rano. Miałem 300 km do przejechania i po południu drogę powrotną tej samej długości. Trzeba było zatankować; sieć stacji Huzar, choć w logu husarz, czemuś ostatnio darzona przeze mnie dużą sympatią. Kupiłem kawę i paczkę krówek z napisem „Smak PRL-u”. Mniej więcej od Włodawy rozpoczyna się 40-kilometrowy odcinek drogi biegnący wzdłuż Bugu, będącego jednocześnie linią graniczną między Polską a Białorusią. Bug to zbliża się to oddala od trasy, ale nigdy dalej, niż na jakieś 3-4 km. Droga jest dobra, myślałem, że to będzie okolica dużo bardziej prowincjonalna. W końcu dojeżdżam do Sanktuarium w Kodniu, gdzie kiedyś stał główny zamek Sapiehów (wysadzony w czasie II wś.). 8 km dalej jest wieś Kostomłoty, jedyna unicka parafia na świecie.

Dla porządku:

988 Ruś przyjmuje chrzest.
1054 rozłam Kościoła katolickiego na rzymski i biznatyjski.
1596 Unia Brzeska, na powrót jednocząca oba Kościoły na terenach Rzeczpospolitej

22 km na południe od Brześcia leży wioska: Kostomłoty. Jadąc do Kostomłotów poczułem się, jakbym wszedł w bardzo skomplikowany bizantyjsko-rzymski gąszcz, którego z racji złożoności, nie jestem w stanie zrozumieć. Pierwszym uderzeniem była podana mi przez o. Mirosława z Kodnia informacja, że unici (neounici), to co innego, niż greko-katolicy, potocznie zwani właśnie w ten sposób. Jakie są różnice, dokładnie nie wiem. Z pewnością jedną z nich jest okoliczność powstania owego wyznania, wskrzeszonego w latach 20. XX w. po latach tępienia i prześladowań w okresie zaboru rosyjskiego. Inaczej, niż w przypadku greko-katolików, którzy funkcjonowali nieprzerwanie w zaborze austro-węgierskim.

Cały pas od Włodawy do Terespola bogaty jest w ludność bizantyjską – szczególnie prawosławną. Jest tutaj między innymi prawosławny monaster św. Onufrego; ale też w wioskach widać znaki cerkiewnej kultury, choćby w postaci wziętych z ikon malunków na murach i deskach kaplic, czy portali do cmentarzy tudzież zgromadzeń zakonnych.

988 – Jest to data chrztu Włodzimierza Wielkiego, który od tego momentu zaczął szerzyć chrześcijaństwo w swoim państwie, dlatego datę tę przyjmuje się za chrzest całej Rusi (księżniczka kijowska Olga, jego babka, przyjęła chrzest w 954 albo 955, ale jej syn, Światosław, nie powtórzył tego aktu). Dawna Kronika Nestora, zwana Powieścią doroczną, wspomina, że Włodzimierz chciał poznać różne religie. Jego wysłannicy po powrocie z Konstantynopola tak opisywali swoje doświadczenia: „Następnie udaliśmy się do Grecji, a Grecy zaprowadzili nas do budynku, w którym czczą swego Boga, a my nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, na ziemi czy w niebie. Nie ma bowiem na ziemi czegoś tak wspaniałego i tak pięknego; nie umiemy tego opisać. Wiemy tylko, że ich Bóg przebywa tam wśród nich, a ich nabożeństwo jest bardziej prawdziwe niż ceremonie innych narodów”.

1054 – rozłam Kościoła na wschodni i zachodni był raczej kwestią przypadku i zbiegu różnych okoliczności. Sytuacja wynikła z niedelikatności pojawiających się na styku obu obrządków – np. w południowej Italii, będącej dotąd w zasięgu wpływów bizantyjskich – zmuszano greków do przyjęcia obrządku łacińskiego, w odpowiedzi patriarcha Konstantynopola zaczął podobnie traktować łacińskie kościoły w Konstantynopolu. Zagrały tu upór, małostkowość. Papieże i patriarchowie nieraz obrzucali się ekskomuniką, tym razem jednak z jakiegoś powodu miało to dużo głębsze reperkusje, a 4 pierwsze krucjaty (1095-1204) pogorszyły sytuację i zaogniły konflikt (w 1204 łacinnicy złupili Konstantynopol, grecy uznali to za zdradę, co ostatecznie domknęło schizmę). Nastąpił 60-letni okres panowania łacinników w Konstantynopolu. Oba Kościoły i obrządki funcjonowały zgodnie, z czasem jednak papieże dążąc do zjednoczenia, zaczęli powoli spychać coraz bardziej liturgię grecką i zastępować ją liturgią łacińską, co nie poprawiło sytuacji. Pojawiały się jeszcze później próby zjednoczenia, jednak bez większego skutku.

Ciekaw jestem, jak daleko przed nami jest perspektywa ponownego zjednoczenia obu wyznań. Proboszcz z Kostomłotów mocno mnie zmartwił, bo studząc mój entuzjazm stwierdził, że wg niego raczej się oddalamy od siebie. Bracia prawosławni często dokonują aktów nieufności, niezgodnie z prawem kanonicznym nieuznając nawet katolickich chrztów (przypadek z dużego polskiego miasta). Wielką wartością prawosławia jest kultura pisania ikon, nieobca też dla Kościoła katolickiego, jednak nazbyt u nas marginalna, z rzadka jedynie dokonując małych ekspansji (np. wystroje seminariów Redemptoris Mater, tzw. Korona Misteryjna .. itp.) Rozdźwięk pomiędzy obu wyznaniami polega jedynie na szczegółach, bardziej nieteologicznych, a jeśli, to wynikających z błędów tłumaczenia. Czas pokaże.

img_8822_m img_8826_m img_8827_m img_8829_m img_8852_m img_8856_m img_8858_m img_8859_m img_8872_m  img_8879_m img_8888_m img_8890_m img_8893_m img_8895_m img_8896_m img_8898_m img_8899_m img_8902_m img_8903_m img_8910_m img_8911_m