Category Archives

8 Articles

Miejsca

Kotlina Kłodzka

Posted by admin on

Co za przygnębiające doświadczenie. Jednocześnie jakby catharsis. Ponury deszczowy dzień w Polsce i – słonecznie na sąsiednich Czechach. Stamtąd – z drugiej strony granicy nad Polską, która zaczynała się na wysokości Orlich Gór, zwały chmur. Ale też inne kontrasty: w Czechach ładne miasteczka, odnowione domy, urokliwe uliczki (np. w Opočnie – oddalonym rzut beretem od przejścia w Kudowie-Zdr.). Po przejechaniu granicy – Lewin Kłodzki. Przygnębiające wrażenie. Odarte mury, najciekawsza kamienica w rynku – okna zabite dechami, na dachu rośnie drzewo. W kunszcie wykonania kolumn maryjnych i kapliczek widać dawną świetność tych ziem. Trudny temat.

Miejsca/Pisaniny

Ryga, Łotwa

Posted by admin on

Jadąc tutaj, zaopatrzyłem się obowiązkowo w przewodnik z wyd. Rewasz, które ma opinię skierowanego do turystów kwalifikowanych. Gwoli wyjaśnienia: taki dość powszechny model turystyki konsumpcyjnej nie jest wcale następnym wcieleniem turystyki biednej, namiotowej, krajoznawczej 🙂 Stąd wkurzył mnie zapis w owym przewodniku po Łotwie, że będąc w Rydze koniecznie trzeba spróbować tego, tego i tamtego dania (wydając na to połowę naszego budżetu na cały wyjazd). Ok, rozumiem, gdyby było napisane: tradycyjne dania na Łotwie to to i to, kto chętny, może próbować. Ale nie od razu, że koniecznie będąc w Rydze trzeba to wszamać i wydać fortunę. Tego po Rewaszu się nie spodziewałem. To tylko jedna rzecz, gdyby nie było innych, to chyba bym w ogóle się nie ciskał na ten przewodnik 🙂 ale ta dość cienka publikacja zawiera więcej podobnych niespodzianek. Np. nazbyt lakoniczny opis miasteczka Kieś (po łotewsku Cēsis). Po przeczytaniu notki w przewodniku byłem mocno zaskoczony tym, co tam zobaczyłem. Szkoda, że przewodnik tego nie oddaje, bo przeczytawszy o Kiesi, wcale jeszcze nie miałem nieprzemożonej ochoty tam jechać, sądząc, że to jedna z wielu podobnych miejscowości. Tymczasem opadła mi szczęka.

Z praktycznych wskazówek – na Łotwie podobnie jak na Litwie: można tankować LPG bez problemu. Kraj ten jest podobny do państw skandynawskich, różni się mocno pod tym względem od Litwy. Na Łotwie co chwila miałem skojarzenia z Finlandią. Jest to też z wyglądu bogatsze, bardziej zadbane miejsce, niż sądziłem – po kraju postsowieckim spodziewałem się raczej bloków z wielkiej płyty i przaśnej atmosfery – tymczasem jest ładnie i elegancko; współczesna architektura Rygi i okolic wprawiła mnie wręcz w zdumienie, świetne, porządnej klasy projekty budynków mieszkalnych, także domków jednorodzinnych, ciskające się w oczy tu i ówdzie, a nas są niebywałą rzadkością.

Ceny są wyższe niż u nas – niektóre artykuły są nawet 2-krotnie droższe. Ryga skupia większość mieszkańców kraju, natomiast tereny wiejskie są dość rzadko zaludnione, gospodarstwa ładne, ale rozrzucone. Sporo zachowanych świetnych budynków, drewnianych dworków czy murowanych jakby brytyjskich gospodarstw.

Sama Ryga – Stare Miasto – pełne turystów. Na Litwie słuchaliśmy, że pewna agencja skompromitowała się reklamą Wilna: przyjedź do nas, odetchniesz od tłumów turystów w Rydze. Chyba tak trochę jest. Architektura – przypomina Wrocław – przynajmniej jeśli chodzi o kamienice z okresu XIX/XX w. Na Starym Mieście bardzo ciężko znaleźć sklep spożywczy (nie byłem w stanie, choć obszedłem dość spory kwartał poza plantami – usytuowanymi w miejscu dawnych fortyfikacji – rozebranych, podobnie jak we Wrocławiu, z polecenia Napoleona czy ludzi mu podporządkowanych). Natomiast – co ciekawe – po przejściu na drugą stronę rzeki Dźwiny – momentalnie wchodzimy w inny świat – zwyczajny, codzienny, bez turystów, ze straganami warzywnymi koło przystanków i wodą za eurocenty w kiosku. Warto zaparkować po drugiej stronie rzeki, jest sporo wolnych miejsc i brak opłat. Może 15-minutowy przemarsz na drugą stronę – i już jesteśmy w turystycznej dżungli. Poniżej oddalona o rzut beretem druga strona.

Ryga – pełna protestanckich kościołów (zborów?), powstałych po reformacji, nieraz w katolickich świątyniach. Po objęciu tych terenów we władanie polski król na przełomie XVI i XVII w. sprowadził jezuitów i starał się przywrócić wiarę katolicką. Polacy władali w Rydze przez ok. 60 lat. Zdaje się, że to nie odbyło się wskutek zbrojnej inwazji, a dobrowolne oddanie się pod zarząd Rzeczpospolitej (lenno).

Na widok tego znaku zmroziło mnie. Upstrzona jest tym cała nabrzeżna żeliwna balustrada.

Charakterystyczne kamienice, ciekawe, że odbudowane od podstaw w 1945 r. (podobnie jak warszawska Starówka).

Kieś i kawałek charakterystycznej drewnianej architektury.

Miejsca/Pisaniny

Litwa, Wilno, Wileńszczyzna

Posted by admin on

Postanowiłem napisać parę praktycznych wskazówek nt. eskapady na Litwę, bo sam wcześniej byłem w potrzebie przeczytania czegoś podobnego i teraz może się komuś przyda. (Na początku praktyczne informacje, a potem trochę wynurzeń).

Otóż: nasza samochód jest na gaz LPG i ten gaz można tankować bez problemu na Litwie. Tak jak w Polsce. Czasem nawet da się trafić stację Orlen i wtedy już można poczuć się zupełnie jak w domu. Druga sprawa, że w Wilnie czy na Wileńszczyźnie można spokojnie zagaić po polsku i każdy zrozumie, a nawet odpowie po polsku (albo po rosyjsku). Ponoć nie wszędzie tak jest, np. w Kownie już nie bardzo, tam posługują się litewskim i nie rozumieją po polsku (niesprawdzone info). Przed wojną Kowieńszczyzna była w granicach Litwy i stąd Polaków jest na tamtym terenie dużo mniej, ale są, choć nie wiem jak im się udało tak długo zachować język. Np. w wiosce Wędziagoła, gdzie jest parafia rodzinna Czesława Miłosza (i gdzie od 1992 był wiele razy), ludzie mówią po polsku, a w kościele w niedzielę są dwie msze: po polsku na 9.00 i litewsku na 10.00 (a ksiądz jest Litwinem).

Druga sprawa: telefon, karta, GPS, nawigacja. Ja korzystam z nawigacji w mapach Google w telefonie, która wymaga, aby telefon był połączony z internetem. Na Litwie taka nawigacja może się przydać, szczególnie gdy chce się pokluczyć po wioskach albo przejechać przez Wilno. Po prostu można zaoszczędzić trochę czasu. Po wpisaniu trasy przejazdu w Polsce, aplikacja pobiera sobie informacje i można dojechać do celu na Litwie, telefon cały czas będzie pokazywał trasę. Gorzej, gdy na Litwie na chwilę wyłączy się nawiagację, później nie można jej już włączyć z powrotem niestety. Dlatego warto się zaopatrzyć w litewską kartę do telefonu. Ja kupiłem taką za 2 euro (ok. 8 zł) na Orlenie (sprzedawca polecił, że ta jest najbardziej korzystna). Po włożeniu karty do telefonu miałem 25 minut darmowych połączeń na Litwie, a oprócz tego 1GB internetu przez miesiąc (przez miesiąc jeżdżenia na nawigacji zużywa się ok. 0,5 GB). Po włożeniu karty trzeba ją aktywować wpisując PIN, który jest na opakowaniu od karty. Po tej oparcji trzeba odczekać jakieś pół do godziny zanim internet zacznie działać.

A teraz trochę wynurzeń. Otóż: ostatnio pisałem o Niepokalanowie. Co ciekawe, ta wizyta na Litwie była konsekwencją Niepokalanowa, bo umówiliśmy się z o. Jackiem, że mógłbym zrobić zdjęcia we franciszkańskich klasztorach na Litwie (są 3); dostałem kontakt do o. Piotra z Miednik, który zgodził się na takie zdjęcia i ucieszył z tego pomysłu. Zaprosił nas do Miednik, z czego z radością skorzystaliśmy. https://goo.gl/maps/yiikDMdRxjK2 – a tutaj panoramy z tego miejsca. O. Piotra nie było (miał w tym czasie wyjazd w góry), ale był o. Andrzej, z którym spędziliśmy dwa dni.

Drugim obiektem, który odwiedziliśmy, był ledwo odzyskany kościół w Wilnie wraz z klasztorem (był to pierwszy klasztor jaki powstał na Litwie). Można go zwiedzić w tym miejscu: https://goo.gl/maps/aUSnbVkhK6E2

Na Litwie nabożeństwem darzone są zwłaszcza dwa wizerunki: obraz Jezusa Miłosiernego, ale nie taki, jak u nas, tylko pierwsza wersja obrazu (na zdjęciach poniżej). Jest to prawdopodobnie związane z tym, że oryginał tego obrazu znajduje się w Wilnie, w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Poniżej widoczny jest ten obraz w kościele w Miednikach i – oryginał z sanktuarium w Wilnie. Ten wizerunek jest o tyle ciekawy, że twarz Jezusa pasuje dokładnie do twarzy z Całunu Turyńskiego. Jedna z sióstr ze zgromadzenia założonego przez ks. Sopoćkę wyjaśniła mi, że P.Jezus przez szacunek do ówczesnego zwyczaju, błogosławi ręką na wysokość ramion, tak jak wówczas błogosławili księża. Drugi ważny wizerunek to obraz MB Ostrobramskiej, który również jest w każdym kościele. Na zdjęciach widoczny wizerunek z kościoła w Miednikach i oryginał z Ostrej Bramy. Są też zdjęcia z Wędziagoły, przy dzwonie pan Ryszard, lokalny działacz i polski patriota. Gościł nieraz Czesława Miłosza. Rozmawialiśmy może półtorej godz. Opowiadał np., że Litwini kompletnie nie interesowali się Miłoszem, nawet jak przyjeżdżał, to w szkole, gdzie chciał trochę go zareklamować, powiedzieli mu, że jeśli to polski poeta, to ich nie interesuje (i w ogóle nawet nie wiedzieli, kto to zacz). W kościele w Wędziagole jest też słynący łaskami krzyż, legenda głosi, że z oddalonego o 30 km Kowna pieszo wędrował do niego nawet Adam Mickiewicz, by pomodlić się w kościółku. Widoczna ruina dworku znajduje się w Szumsku (lub tuż poza granicami wioski).

Miejsca

Kresy (Ukraina samochodem)

Posted by admin on

Parę dni temu mieliśmy okazję z Madzią przewieźć się na ukraińską stronę granicy. To mój pierwszy wyjazd samochodem w tamte strony, bo dotąd odbywało się to zawsze przez piesze przejście graniczne. Najpierw do Przemyśla (pociągiem albo samochodem), potem 2zł busem do granicy w Medyce. Następnie pieszo przez granicę, co w tamtą stronę zawsze trwało dość szybko. Po drugiej stronie granicy znajduje się wioska Szeginie. Tam bus (marszrutka) do Lwowa kosztuje parę złotych. Zaletą takiego przekraczania granicy jest to, że można się dość łatwo wmieszać w tłum i nie zwracać na siebie uwagi.

Inaczej samochodem – rejestracja od razu zdradza narodowość kierowcy. Granicę przekroczyliśmy nie w Medyce a w Krościenku (szybciej, bo Krościenko leży na trasie autostrady – do Medyki trzeba by poświecić dodatkowe pół godz., co nie ma sensu o tyle, że w Krościenku jest przejście dobre, jak każde inne). Samochód pierwszy raz przejeżdżał granicę i chyba dlatego ukraińska celniczka wysłała mnie do jakichś kazamatów z poleceniem, bym skserował paszport i dowód osobisty samochodu. Weszliśmy do lekko obskórnej sali z kilkoma okienkami opisanymi cyrylicą, przy każdej stała mała kolejka, przy jednej ktoś się wykłócał. Udało mi się rozczytać kilka haseł w rodzaju „ujszczanie opłat weterynaryjnych”. Zrazu myślałem, że mam skorzystać z ksera w jednym z tych okienek. Ale coś mnie tknęło, by penetrować te wnętrze dalej – i rzeczywiście za jednym winklem ukazał się korytarz, na końcu którego po chwili dojrzałem wydrukowaną kartkę A4 z ukraińskim napisem „Ksero”, pod którym strzałka wskazywała dalszy kierunek marszu. W końcu znalazłem się w pokoiku, w którym siedzący za stolikiem jegomość skserował mi to za 2 zł.

Fajnie było jechać po Ukrainie. Stary passat dawał tę wolność, że wszędzie teraz, w te wszystkie magiczne miejsca, można było dojechać bezwłocznie, najkrótszą możliwą trasą. Skierowaliśmy się na Żółkiew – i dalej na północ – Mosty Wielkie. Tego dnia miała się tam odbyć uroczystość poświęcenia odbudowanego kościoła pw. św. Antoniego, na uroczystości miał być abp Mieczysław Mokrzycki. Nie będę opisywał szczegółów. Powiem jedynie, że to był bardzo udany dzień. Niezwykłe wydarzenie. Sam Mokrzycki to ciekawa postać, bo dość młody biskup, który mając 30-parę lat, jako ksiądz, trafił do pracy u boku Jana Pawła II jako drugi sekretarz (po ks. Dziwiszu) i pracował tam 9 lat – do śmierci papieża. Później był jeszcze przez 2 lata sekretarzem Benedykta XVI. W 2008 zastąpił bpa Jaworskiego na stanowisku biskupa diecezji lwowskiej, jest też przewodniczącym episkopatu Ukrainy. I teraz spędzilismy z nim jakieś 2 godziny we wnętrzu małego kościółka wspólnie z koncelebrującymi księżmi i dużą grupą Polaków i Ukraińców z Mostów Wielkich i dalszych okolic. Msza też była ciekawa, bo w połowie po ukraińsku, w połowie po polsku. Obecni jakby zdawali się nie widzieć różnicy. Śpiewali i odpowiadali w obu językach. Niezwykle brzmiały te polskie fragmenty z kresowym zaśpiewem. Abp Mokrzycki kazanie przeczytał po ukraińsku. Gdzieś w środku miałem pewien konflikt, bo z jednej strony chciałbym, by całość odbyła się po polsku, ale z drugiej – przecież Kościół nie jest narodowy, a to by tylko pogłębiło istniejący na Ukrainie stereotyp, że jeśli kościół katolicki to kościół polski. Kulturowo tak się utarło, ale przecież faktycznie tak nie jest. Jest przecież wielu Ukraińców, którzy są w Kościele Katolickim. Język polski w tym kościele to jest trochę tak jakby język liturgiczny, tak myślę.

Parę dni temu na Jasnej Górze wszedłem do księgarni i gdy tylko podszedłem do pierwszej półki z książkami, od razu rzuciła mi się w oczy książka – wywiad z abpem Mokrzyckim. Chyba po to tam wszedłem. Wziąłem książkę, zapłaciłem i po jakiejś minucie od wejścia opuściłem sklep.

Książkę tę (tytuł: „Sekretarz dwóch papieży. rozmowa z ks. arcybiskupem Mieczysławem Mokrzyckim”, wydanie pierwsze dodruk – 2017 r.) czyta się przyjemnie, szybko. Ciężko się oderwać. O swoim przydomku biskupim, jaki wybrał – „Pokora” – ks abp mówi:

Ma wskazywać, jak iść przez życie. Z pokorą wiąże się wiele treści. Na przykład jeśli ktoś jest pokorny, ma świadomość, że nie należy liczyć tylko na własne siły. Jest Pan Bóg i On nam pomaga. W życiu należy przyjmować Jego wolę. Przyjmować to, co Opatrzność Boża daje nam każdego dnia, w każdej chwili. Te wszystkie sytuacje i ludzi, których spotykamy. Oczywiście każdy ma jakieś plany, ambicje, aspiracje i nie należy z nich rezygnować. Ale pokora oznacza szukanie woli Bożej, tego, czego On oczekuje. Nie mamy skupiać się na sobie. Pokora wiąże się też z zawierzeniem Panu Bogu każdej chwili życia. I tych pięknych chwil, i tych trudnych.

Po uroczystości „podpięliśmy” się do polskiej pielgrzymki z Warszowic, która nocowała we lwowskim Seminarium Duchownym (w Brzuchowicach). Jedna z pań dodzwoniła się do Seminarium i okazało się, że jest dla nas miejsce. Powiedziała nam, że za nocleg płacą 70 zł z posiłkiem, a 35 zł bez pożywienia (i to była opcja dobra dla nas). Jadąc za autokarem zastanawiałem się tylko, czy policzą nam jeden nocleg, czy dwa noclegi (Madzia i ja). Jechaliśmy dość długo, może niecałą godzinę, pod koniec jeszcze zahaczając mocno o głębokie rogatki Lwowa.

Nocleg z rewelacyjnych warunkach. To chyba nowy obiekt, na bardzo dobrym poziomie. Taki elegancki dom pielgrzyma. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście w płatnościach zmieścimy się choćby w 100 zł – których równowartość miałem ze sobą. Alternatywnie można było udać się w poszukiwaniu bankomatu i wypłacić brakującą kwotę.

Rano przy recepcji podszedłem rozliczyć się za nocleg. Dyżurujący ksiądz (dyrektor?) machnął ręką mówiąc: jedliście coś? nie. Dooobrze… Uśmiechnął się, co znaczyło, że jesteśmy wolni, a nocleg był gratis.

Udaliśmy się na Stare Miasto we Lwowie, by coś zjeść. Madzia koniecznie chciała wejść na wieżę ratusza, chociaż przestrzegałem ją, że tam jest wysoko i nie będzie chciała wchodzić. Powiedziała, że na pewno będzie chciała. Ostatecznie stała wciśnięta w ścianę w wejściu na taras widokowy i wołała: tato, chodźmy już.

  

Co do śniadania: szukaliśmy chwilę. W końcu chowając się przed chłodnym wiatrem (Madzia dygotała), weszliśmy do lokalu naprzeciwko katedry, która nazywała się Lviv Croissants. Zjedliśmy dwa rogaliki, wypiliśmy latte i sok. Kosztowało nas to w sumie jakieś 15 zł.

Następny punkt programy to był BUSK – miasteczko jakieś 50 km na wschód od Lwowa. Mielismy odwiedzić naszego znajomego księdza Kamila, który trafił tutaj na rok posługi.

Ksiądz Kamil ucieszył się z naszej wizyty, bo zajęć w Busku ma niewiele. Jedynie ok. 90 parafian, msza co drugi dzień. Poza tym chyba nic. Koszenie trawy, od czasu do czasu jakieś katechezy. Ks. Kamil odprawia też msze w zamku w Olesku. Wczoraj – gdy my byliśmy w Mostach Wlk. – w Olesku miało miejsce ciekawe wydarzenie. Jest tam dawny klasztor (kapucynów), przejęty przez władze, zniszczony i zamknięty. Wezwanie kościoła klasztornego to św. Antoniego i co roku odprawiana jest msza odpustowa przed zamkniętymi wrotami klasztoru.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcie użytkownika Ks Kamil Pękalski.

Zdjęcia z profilu facebookowego ks. Kamila, mam nadzieję, że się nie obrazi (klasztor Olesko, odpust).

Kościół w Busku (św. Stanisława – z relikwiami św. Jana Pawła II, przy o których papież modlił się codziennie – podarowanymi przez ks. abpa Mokrzyckiego) to pierwszy kościół saletynów na ziemiach polskich. Dopiero potem powstały inne parafie – sanktuarium w Dębowcu i inne. Kościół barokowy, symetryczny (zakrystia za ołtarzem), odbudowany po zniszczeniach, jakich doznał w latach komuny. Obecny proboszcz, ks. Jan, opiekuje się nim od 20 lat.

Pałac Badenich w Busku (ten, w którym wychował się o. Joachim Badeni):

Zaczynamy powoli wracać z Ukrainy. Jeszcze przed granicą tankowanie. Odbywa się to tak, że przy dystrybutorze zawsze jest pracownik stacji (my tankujemy LPG). Trzeba mu powiedzieć, ile tankujemy (np. „do pełna”). Wtedy on łączy się z kasą, tam drugi pracownik otwiera zawór i dopiero ten pierwszy tankuje. Potem idę zapłacić do kasy. Cena niedużo niższa niż u nas (w Polsce ok. 1.90, na Ukrainie ok. 1.50). Zawór do gazu jest ten sam, co w Polsce, nic nie trzeba przykręcać itp. Z racji, że ceny nie są dużo niższe, nie zatankowalismy benzyny, choć przypuszczam, że większość kierowców zanim wróci do Polski, tankuje cały samochód do pełna.

Może to wzbudziło na granicy czujność celnika, gdy zapytał nas, ile mamy benzyny w baku (odparłem: niedużo, 10 litrów benzyny i może 20 gazu). Może tego typu pytania mają za zadanie wybadanie takiego podróżnika, czy nie jest podejrzany. Widocznie my byliśmy, dlatego po 7 godzinach w kolejce, gdzieś koło 1 w nocy (Madzia już spała w samochodzie), tuż przed opuszczeniem granicy, zostaliśmy jeszcze skierowani na szczegółową kontrolę samochodu. Całe szczęście, że granicznik przedzwonił, by puszczono nas w pierwszej kolejności (bo z dzieckiem). Tutaj celnik bardzo gadatliwy. Zdziwił się: z dzieckiem o tej porze? Do kolejki stanęliśmy o 18.00. Przeszukanie samochodu odbyło się dość sprawnie i drobiazgowo, ostukiwanie, rozkręcanie (bałem się, że zaraz znajdzie coś, o czym sam nie wiedziałem).

Z granicy zjechalismy dokładnie o 1.00.

Miejsca

Eugeniusz Mucha

Posted by admin on

img_5227_m

Obraz trzeba tworzyć tak, jakby następnego dnia miało się umrzeć – powiedział ten – dlaczego? – nieznany – albo po prostu mnie dotąd nieznany artysta, Eugeniusz Mucha. Zmarł w 2012, jest autorem wystroju wnętrz (polichromii) kilku podkarpackich kościołów. Jakieś 3 tyg. temu byłem we wnętrzu jednego z nich – w Lutczy. Z zewnątrz świątynia raczej niezwracająca uwagi, współczesna, budowana w połowie XX w. Natomiast w środku album wielkiego artysty. Wiele poruszających scen, namalowanych na ścianach, często w bardzo niedostępnych miejscach, wysoko, jakby nie człowiek miał je oglądać.

Powyżej jedno ze zdjęć dość dobrze dostępnych na ścianie w kaplicy św. Józefa na tyłach prezbiterium.

Miejsca

Unici

Posted by admin on

img_8845_m

Z domu wyjechałem po 5 rano. Miałem 300 km do przejechania i po południu drogę powrotną tej samej długości. Trzeba było zatankować; sieć stacji Huzar, choć w logu husarz, czemuś ostatnio darzona przeze mnie dużą sympatią. Kupiłem kawę i paczkę krówek z napisem „Smak PRL-u”. Mniej więcej od Włodawy rozpoczyna się 40-kilometrowy odcinek drogi biegnący wzdłuż Bugu, będącego jednocześnie linią graniczną między Polską a Białorusią. Bug to zbliża się to oddala od trasy, ale nigdy dalej, niż na jakieś 3-4 km. Droga jest dobra, myślałem, że to będzie okolica dużo bardziej prowincjonalna. W końcu dojeżdżam do Sanktuarium w Kodniu, gdzie kiedyś stał główny zamek Sapiehów (wysadzony w czasie II wś.). 8 km dalej jest wieś Kostomłoty, jedyna unicka parafia na świecie.

Dla porządku:

988 Ruś przyjmuje chrzest.
1054 rozłam Kościoła katolickiego na rzymski i biznatyjski.
1596 Unia Brzeska, na powrót jednocząca oba Kościoły na terenach Rzeczpospolitej

22 km na południe od Brześcia leży wioska: Kostomłoty. Jadąc do Kostomłotów poczułem się, jakbym wszedł w bardzo skomplikowany bizantyjsko-rzymski gąszcz, którego z racji złożoności, nie jestem w stanie zrozumieć. Pierwszym uderzeniem była podana mi przez o. Mirosława z Kodnia informacja, że unici (neounici), to co innego, niż greko-katolicy, potocznie zwani właśnie w ten sposób. Jakie są różnice, dokładnie nie wiem. Z pewnością jedną z nich jest okoliczność powstania owego wyznania, wskrzeszonego w latach 20. XX w. po latach tępienia i prześladowań w okresie zaboru rosyjskiego. Inaczej, niż w przypadku greko-katolików, którzy funkcjonowali nieprzerwanie w zaborze austro-węgierskim.

Cały pas od Włodawy do Terespola bogaty jest w ludność bizantyjską – szczególnie prawosławną. Jest tutaj między innymi prawosławny monaster św. Onufrego; ale też w wioskach widać znaki cerkiewnej kultury, choćby w postaci wziętych z ikon malunków na murach i deskach kaplic, czy portali do cmentarzy tudzież zgromadzeń zakonnych.

988 – Jest to data chrztu Włodzimierza Wielkiego, który od tego momentu zaczął szerzyć chrześcijaństwo w swoim państwie, dlatego datę tę przyjmuje się za chrzest całej Rusi (księżniczka kijowska Olga, jego babka, przyjęła chrzest w 954 albo 955, ale jej syn, Światosław, nie powtórzył tego aktu). Dawna Kronika Nestora, zwana Powieścią doroczną, wspomina, że Włodzimierz chciał poznać różne religie. Jego wysłannicy po powrocie z Konstantynopola tak opisywali swoje doświadczenia: „Następnie udaliśmy się do Grecji, a Grecy zaprowadzili nas do budynku, w którym czczą swego Boga, a my nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, na ziemi czy w niebie. Nie ma bowiem na ziemi czegoś tak wspaniałego i tak pięknego; nie umiemy tego opisać. Wiemy tylko, że ich Bóg przebywa tam wśród nich, a ich nabożeństwo jest bardziej prawdziwe niż ceremonie innych narodów”.

1054 – rozłam Kościoła na wschodni i zachodni był raczej kwestią przypadku i zbiegu różnych okoliczności. Sytuacja wynikła z niedelikatności pojawiających się na styku obu obrządków – np. w południowej Italii, będącej dotąd w zasięgu wpływów bizantyjskich – zmuszano greków do przyjęcia obrządku łacińskiego, w odpowiedzi patriarcha Konstantynopola zaczął podobnie traktować łacińskie kościoły w Konstantynopolu. Zagrały tu upór, małostkowość. Papieże i patriarchowie nieraz obrzucali się ekskomuniką, tym razem jednak z jakiegoś powodu miało to dużo głębsze reperkusje, a 4 pierwsze krucjaty (1095-1204) pogorszyły sytuację i zaogniły konflikt (w 1204 łacinnicy złupili Konstantynopol, grecy uznali to za zdradę, co ostatecznie domknęło schizmę). Nastąpił 60-letni okres panowania łacinników w Konstantynopolu. Oba Kościoły i obrządki funcjonowały zgodnie, z czasem jednak papieże dążąc do zjednoczenia, zaczęli powoli spychać coraz bardziej liturgię grecką i zastępować ją liturgią łacińską, co nie poprawiło sytuacji. Pojawiały się jeszcze później próby zjednoczenia, jednak bez większego skutku.

Ciekaw jestem, jak daleko przed nami jest perspektywa ponownego zjednoczenia obu wyznań. Proboszcz z Kostomłotów mocno mnie zmartwił, bo studząc mój entuzjazm stwierdził, że wg niego raczej się oddalamy od siebie. Bracia prawosławni często dokonują aktów nieufności, niezgodnie z prawem kanonicznym nieuznając nawet katolickich chrztów (przypadek z dużego polskiego miasta). Wielką wartością prawosławia jest kultura pisania ikon, nieobca też dla Kościoła katolickiego, jednak nazbyt u nas marginalna, z rzadka jedynie dokonując małych ekspansji (np. wystroje seminariów Redemptoris Mater, tzw. Korona Misteryjna .. itp.) Rozdźwięk pomiędzy obu wyznaniami polega jedynie na szczegółach, bardziej nieteologicznych, a jeśli, to wynikających z błędów tłumaczenia. Czas pokaże.

img_8822_m img_8826_m img_8827_m img_8829_m img_8852_m img_8856_m img_8858_m img_8859_m img_8872_m  img_8879_m img_8888_m img_8890_m img_8893_m img_8895_m img_8896_m img_8898_m img_8899_m img_8902_m img_8903_m img_8910_m img_8911_m

 

Miejsca

Muzeum Katyńskie

Posted by admin on

img_8318_m

Mam wrażenie, że niektórzy Rosjanie zgrzytają zębami na myśl, że w Cytadeli – wzniesionej przez ich przodków po Powstaniu Listopadowym, żeby wzmocnić kontrolę nad buntowniczym miastem – powstało to muzeum. Taki wniosek można wysnuć obserwując protesty dyplomatyczne ze strony rosyjskiej na nasze jakiekolwiek sygnały o usunięciu kolejnego pomnika sowieckiej obecności w naszym kraju i etnograficzne wycieczki Michała Patera po Rosji. Jakkolwiek z badań wynika, że 28% badanych Rosjan uważa, że za zbrodnię odpowiedzialni byli Niemcy, a 53% nie wie kto, tylko 19%  – że władze radzieckie (dane z 2010 r.).

Muzeum Katyńskie jest miejscem niesamowitym, już choćby poprzez fakt na rewelacyjny projekt ekspozycji i sposób zagospodarowania tego fragmentu Cytadeli. Najważniejsza ekspozycja umieszczona jest we wnętrzach obiektu na kilku poziomach, jednak na zewnątrz teren również jest świetnie urządzony.

Cały teren Cytadeli zresztą podzielona jest na kilka obszarów, ma kilku gospodarzy, tuż za płotem obok muzeum mieści się jednostka wojskowa, ponoć wycofywana z tego miejsca od dłuższego czasu w ramach ogólnej tendencji wyprowadzania wojsk z centrum miast, jednak – wbrew temu – niedawno do jednego z historycznych budynków wprowadziła się Obrona Terytorialna, tak więc ewentualna rozbudowa Muzeum Katyńskiego na razie się odsuwa. Z drugiej strony jednostki wojskowej zlokalizowane jest muzeum X Pawilonu, które miała łączyć ścieżka z Muz. Katyńskim; tak więc pewnie w przyszłości, zobaczymy.

Tymczasem wchodzimy do muzeum. Z reguły zaleca się, by przybywający tutaj mieli ukończone 16-17 lat. Nasza ekipa natomiast składa się z dzieci w wieku półtora, 4 i 6. Myślę jednak, że dla zrozumienia dramatu tej ekspozycji potrzebny jest wiek nieco wyższy. Nie ma tu raczej obrazów wprost epatujących przemocą, głęboki dramat jest raczej ukryty i wymaga zrozumienia kontekstu.

Muzeum w tej odsłonie zostało otwarte w ub. roku we wrześniu, wcześniej przez 20-kilka lat mieściło się gdzie indziej i miało dużo bardziej klasyczną formę. Aktualnie robi wrażenie. Najważniejszą chyba częścią są tzw. relikwiarze, duże stojące gabloty, zawierające tysiące glinianych wnęk, w których poukładane są prywatne rzeczy, znalezione podczas ekshumacji na początku lat 90. Zadziwiająca jest ich ogromna ilość, wprost nie do uwierzenia, że ofiary miały te wszystkie rzeczy przy sobie. Okazuje się jednak, że NKWD-owcy bagaże, plecaki Polaków zakopali po prostu w osobnym dole. Dlaczego ich nie spalili? –

W 1943 Niemcy – po inwazji na ZSRS – prowadzili badania w Katyniu i również wykopali wiele przedmiotów, nieraz wyjątkowo cennych, jak zapiski więźniów, były wtedy nieraz w bardzo dobrym stanie, jako że leżały w ziemi raptem 3 lata. Przewieziono je do Krakowa, gdzie były poddane badaniom zespołu dra Robla; który później ukrył katalog tych przedmiotów na jednej z belek – który w ten sposób dotrwał do naszych czasów. Natomiast same relikwie katyńskie były wywiezione do Drezna, gdzie uległy zniszczeniu. W internecie widzę informacje, że być może jakaś skrzynia lub kilka, została wykradziona i ukryta gdzieś na terenie Krakowa. Jednak pracownicy muzeum nie wspominają nic o tym, młoda przewodniczka, która nas oprowadzała, jasno stwierdziła, że tamtych rzeczy już nie ma, pozostał jedynie spis inwentarza.

W muzeum jednak jest wiele poruszających autentycznych eksponatów. Obok łyżek, szczoteczek, zapalniczek, znaczków, wystruganych w obozie pamiątek, są tam np. łuski wyciągnięte z dołów; które niewątpliwie pochodziły z broni egzekutorów. Oprawcy początkowo posługiwali się sowieckim rewolwerem nagant, który jednak zacinał i psuł się zbyt często (trudno wyobrazić sobie wrażenia ofiary, która czekała, aż nkwdowiec stojący gdzieś z tyłu jego głowy naprawi narzędzie zbrodni) – w końcu zamieniono je na pistolety niemieckie, które w jakichś okolicznościach trafiły do magazynów sowieckich (wszak do czasu obie strony były w sojuszu). Później te niemieckie łuski sowieci starali się wykorzystać jako dowód, że za zbrodnią katyńską stoją Niemcy; można je zobaczyć w jednej z gablot muzeum – niepozorne strzępy blaszek, zwinięte w ruloniki, w których wnętrzach znajdował się zabójczy ładunek.

Śmieszne jest to, że wielu autorów podobnych zbrodni żyło w przekonaniu (i pewnie to głaskało ich sumienie), że nikt się o tym nie dowie, że nic nie wyjdzie na światło dzienne.

Katyń – i inne miejscowości – w sumie 5 różnych miejsc, gdzie byli mordowani i pochowani w masowych dołach polscy oficerowie, lekarze, policjanci, adwokaci, harcerze… 22 tyś. ludzi, których historia urwała się, którzy być może mieli jakąś misję do wykonania, a nie zdołali już tego zrobić. Komunizm – gdyby nie istniał – może oni tworzyli by zręby RP po zakończeniu II wś., jednak ich życiorysy zostały drastycznie ucięte i skazane na zapomnienie. Podziurawione menażki, garnki, przedmioty codziennego użytku zostały zniszczone przez nkwdzistów w ten sposób, by miejscowa ludność nie kopała tutaj w celu pozyskania takich naczyń i – przy okazji – nie odkryła czegoś jeszcze. Chodziło o to, żeby słuch po tym miejscu zaginął, by zarosło lasem i przepadło.

Dlatego tym bardziej takie miejsca, jak to w Cytadeli, są potrzebne – po to, żeby tych 22 tys. polskich inteligentów, wybitnych jednostek, mogło żyć dalej, ich biografie mogły być znów podjęte po tej drastycznej wyrwie PRL-u.

W Rosji takie groby, jak ten w Katyniu, są nieprzebadne, tam jakby szacunek do pojedynczego życia nie jest tak wielki, socjalizm/komunizm operował masami, jednostka nie ma znaczenia i to chyba przetrwało w mentalności wielu Rosjan, którzy dzisiaj z rozżewnieniem wspominają dawną potęgę ZSRR i „bohaterski marsz” Stalina na Berlin.

Pytałem się, jak odbierają to miejsce przyjeżdżający tutaj Rosjanie. Nasza przewodniczka zdradziła, że nie pamięta żadnej wycieczki. Natomiast pan pułkownik, gospodarz tego miejsca, twierdzi, że przechodzą w milczeniu, nie okazują emocji.

Poniżej kilka zdjęć. Można zobaczyć m.in. zapalniczkę z logiem Chevroleta, obiektyw, pozostałości świadczące, że wśród ofiar byli duchowni katoliccy, ale też prawosławni czy osoby związane z islamem.

img_8309_m img_8311_m img_8315_m img_8316_m img_8317_m img_8318_m img_8320_m img_8321_m img_8292_m img_8287_m img_8284_m img_8337_m img_8330_m img_8329_m img_8327_m img_8326_m img_8325_m img_8324_m img_8323_m img_8322_m

 

Miejsca

Warmia

Posted by admin on

OK. W ramach testu nowej skórki, szybki opis peregrynacji warmińskich.

Pierwszy punkt trasy – Augustów; skąd podjechaliśmy do odległych ledwie pół godz. Suwałk; tak niewielkiej odległości tego niemalże mitycznego miasta nie mogłem odpuścić; przede wszystkim ze względu na fakt, że nie tylko w tym mieście, ale choćby w tym rejonie Polski, jak dotąd nigdy nie byłem. Może nie licząc małego epizodu – autostopowego wypadu do Giżycka na koncert dawno temu. Teraz na spokojnie i bardziej świadomie miałem okazję przyjrzeć się tym stronom z bliska; jakkolwiek czasu było niewiele. Mały objazd po Suwałkach (w poszukiwaniu poczty i jakiejś restauracji), ciekawa charakterystyczna architektura, niesamowite wrażenie bliskości Wilna – Litwy i – Okręgu Królewieckiego – czy tak brzmi polska nazwa Obw. Kaliningradzkiego?

W Augustowie – pytanie do księdza pod bazyliką NSPJ; jak się okazało seniora, czy nie boi się rosyjskiej agresji. Co odpowiedział? – to już mi zdążyło ulecieć z pamięci. To dawny proboszcz tej parafii. – Inny ksiądz-senior – pewien czas spędził w Chicago, powiedział, że ludzie z Padkarpacia i Tarnowa bardzo gościnni itp. Często korzystający z sakramentów.

Był wieczór, stąd konieczność pilnego ruszenia w dalszą drogę na Warmię – ok. 200 km. POlek, do którego zmierzaliśmy, zachwalił nam jeszcze mosty w Stańczykach, także parę innych miejsc, jednak przynajmniej te mosty chcieliśmy jeszcze zobaczyć przed zachodem słońca i dalszą trasą – tym bardziej, że w te okolice może nieprędko wrócimy.

img_7998_m

Same mosty bardzo monumentalne, wysokie na 40 m. Dawniej ciągnęła tędy linia kolejowa, teraz torów nie ma, choć wzbierała we mnie wielka ciekawość, co by było, gdyby pójść traktem tej dawnej linii kolejnowej, czy są tam po drodze np. jakieś pozostałości po budynkach, urządzeniach kolejowych itp.? – zresztą, ten temat wrócił na Warmii, gdzie w okolicach Lidzbarka Warmińskiego biegnie podobny trakt po dawnej linii kolejowej nr 224 (torów już nie ma, ale jest wyraźny szlak, nasypy itp.)

Pozostawiając już Mazury za sobą…

Nie wiem, czy za sprawą POlka, czy nie, Warmię odbieram trochę przez pryzmat żyjącego tutaj dawniej ludu Prusów, po których pozostał charakterystyczny układ wiosek, w których gospodarstwa oddalone są od siebie. Ponoć pochodzący od nich dawni mieszkańcy opuścili te ziemie po II wś. – może nie zupełnie wszyscy, ale dziś tutejsi mieszkańcy już raczej nie są ich potomkami. Pozostało wiele śladów, jak miejscowe melodyjne nazwy, zupełnie niepodobne do tych z innych obszarów Polski… rzucając okiem na mapę okolic Lidzbarka Warm.: Polkajmy, Workiejmy, Kiersity, Minty, Galiny, Pasaria, Klutajny, Łojdy, Dolina Symsarny.

Kiepski stan dróg, które nieraz mają jeszcze postać poniemieckich kocich łbów, brzegiem których biegną koleiny rozjeżdżone przez próbujących uniknąć nadmiernego rozedrgania pojazdu kierowców, wynika zapewne z faktu niskiego zaludnienia. Inaczej niż np. na Podkarpaciu na Pogórzu Strzyżowsko-Dynowskim, gdzie nasza wioska liczebnie stanowi 1/3 POlkowej gminy warmińskiej, a należy w najlepszym razie do średnich.

Teren Warmii odciśnięty jest ewidentnie przez ogromny ciężar zalegającego tu niedawno lodowca, co daje efekt mocno pofalowanego krajobrazu, bez kszty płasiego terenu. Pola wyglądają niczym powierzchnia oceanu podczas sztormu, po których chyba jeszcze niedawno koń wciągał pług z wielkim trudem, by zaraz potem lekko zjechać na dół. Większe zagłębienia – jakby depresje – są nieuprawiane, pewnie dawniej to były jakieś jeziorka czy bagna, strzegące siedzib pruskich w głębi nieistniejących już lasów.

Architektonicznie ślad po sobie pozostawili Krzyżacy, toteż wiele miasteczek w zasięgu kilkunastu czy kilkudziesięciu minut jazdy samochodem ma swój własny większy lub mniejszy zamek krzyżacki. W połączeniu z charakterystyczną architekturą tworzy to niezwykły klimat i atmosferę, która na pewno przyciągnęłaby wielu turystów, gdyby trochę zadbano o te miasteczka i gdyby były one trochę bardziej znane (Jeziorany, Dobre Miasto, Barczewo).

Gdy natomiast opuścić granice miast i pobłądzić po wiejskich terenach, można natknąć się na wysokiej klasy gotyckie kościółki z XIII-XIV w. (Tłokowo) czy barokowe kaplice, które dawniej stały na skraju lasu, a obecnie przy jakiejś szutrowej drodze gdzieś w połowie trasy między wioskami (kościół św. Rocha na przedpolach Kramarzewa).

img_6042-pano-2_mimg_5899_mimg_5990_mimg_5933_m  img_5942_m img_5954_m

Takie kluczenie po Warmii, gdzie co krok coś ciekawego, sprawia wrażenie, że można by się tutaj zapuścić na dłużej i po prostu zataczając coraz większe kręgi, odkrywać te okolice tygodniami. Tudzież ruszyć w wędrówkę wzdłuż linii kolejowej 224. Może mając więcej czasu poświęciłbym na to któreś wakacje.

Braniewo – to był jeden z naszych ostatnich postojów na Warmii. Niewielkie miasteczko, składa się z rynku i okalającej go niezbyt grubego płaszcza kamienic, w tym niewielkiego osiedla z drugiej strony biegnącego tędy kanału, na którym stoi chyba elektrownia wodna, właścicielami której byli tutejsi żydzi. Mieszkały tutaj 24 żydowskie rodziny, stoi tam też synagoga, w której aktualnie mieści się galeria, pełni ona funkcję czegoś na kształt małego domu kultury.

img_6025_m

Klucząc po zakamarkach tych miejsc ma się smutne wrażenie, że może to ostatni moment, gdy mają one jeszcze tyle śladów historii i uroku, którego nie posiadają już stawiane nowe klocki, w miejsce nie bardzo tutaj jeszcze wyburzanych kamienic. Jednak ratowanie atmosfery tych miejsc np. poprzez remontowanie przedwojennych budynków ma sens nie tylko komercyjno-turystyczny (oby tego najmniej), ale przecież w ładnych miejscach żyje się lepiej, przyjemniej, ma się więcej ochoty, by tworzyć coś nowego.

img_6006_m img_6009_m img_6020_m img_6051_m

Stoczek Klasztorny – wioska, która składa się właściwie z klasztoru i paru domów. Klasztor – nie jest to zbyt potężne założenie, raczej kameralny kościółek, otoczony murami, w których ukryte są krużganki. Tymi krużgankami można zajść na tyły obiektu, gdzie jest furta, którą poprzedza parę pomieszczeń, m.in. drewniana weranda z wiklinowymi fotelami, przez którą można wyjść do ogrodu; a której przechadza się kot. Z werandy można przejść przez korytarz do wnętrza, w którym drewniane schody prowadzą do mieszkania na górze; w tym mieszkaniu, składającego się z dwóch pokoi i małej kapliczki, w latach 1953-54 więziony był Wyszyński. Wchodzimy tam nie-niepokojeni przez nikogo, po prostu nikogo tu nie ma, ani też nic nie jest pogrodzone (zamknięta na kratę jest jedynie kaplica). Na łóżku kardynała śpi kot.

Wprowadzono mnie na pierwsze piętro, na szeroki korytarz, oświetlony na biało; wszędzie znać świeżą farbę. Jestem w obszernym pokoju. Konwojenta „w ceracie” już nie widzę, chociaż prosiłem go o rozmowę i otrzymałem zapewnienie, że się zgłosi. Nie zgłosił się więcej. Jakiś wysoki drab w czapie na głowie przedstawia mi się jako kierownik domu. Wyjaśnia, że komendanta chwilowo nie ma, ale niedługo nadjedzie. Jakoż wkrótce nadchodzi tęgi jegomość czyniący wrażenie maitre d’hótel. Nie przedstawiwszy się oświadcza mi, że jest to nowe miejsce mego pobytu; w tym domu mam do rozporządzenia dwa pokoje, kaplicę, korytarz i ogród. Obok mieszka ksiądz, który jest kapelanem, i siostra zakonna. Obecnie śpią, ale rano się przedstawią: Nie dowiedziałem się, jak się nazywa miejscowość, do której mnie przywieziono. STEFAN KARD. WYSZYŃSKI, „ZAPISKI WIĘZIENNE”

img_8161_m

Olsztyn – w porównaniu do czego przyzwyczailiśmy się w ciągu tych kilku dni na Warmii, ogromna metropolia, staliśmy nawet chyba dwie zmiany świateł na jakimś skrzyżowaniu. Postawiliśmy samochód na Starym Mieście i w pierwszej kolejności (po zwiedzeniu kościoła), spenetrowaliśmy lokalną księgarnię; rynek, a potem udaliśmy się prosto na sterczącą gdzieś pomiędzy kamienicami w dali wieżę zamkową. Przed zamkiem jeszcze uwagę moją zwrócił amfiteatr, chyba pierwsze miejsce, które pamiętam – zresztą jak przez mgłę – z Olsztyna, kiedyś – może w 2002 – siedzieliśmy tutaj z POlkiem, gawędząc w jednej z ostatnich ławek. Unosił się w górze duch Kaczmarskiego. Chyba parę dni wcześniej grał na tym amfiteatrze – dokładnie tego już nie pamiętam. Przez wiele lat Olsztyn kojarzył mi się przez pryzmat tamtej sytuacji, tzn. amfiteatr i obok jakieś enigmatyczne Stare Miasto, w które chyba żeśmy nawet nie włazili. Skąd przyjechalismy i dokąd żeśmy wtedy pojechali? –

Tymczasem zachęceni poważnymi zniżkami na kartę dużej rodziny, kupiliśmy bilety i weszliśmy na wieżę i ekspozycję. Okazało się, ze przez 5 lat mieszkał tutaj Kopernik. Na jednym z murów zachowały się nawet resztki jakiegoś urządzenia astronomicznego, wyglądającego trochę jak zegar słoneczny (będący jednak dużo bardziej skomplikowanym narzędziem). Kopernik był tutaj jakimś ważnym gościem, korespondował nawet z królem, są tam kopie jego listów i paru innych tekstów.

Kończąc ten lakoniczny opis, mam przykre wrażenie, że dla pełnej dokumentacji tego pobytu, wymagałby dużo większej objętości – przy czym silę się naprawdę, by nie wdawać się w szczegółowe wywody, zaznaczając jedynie fakty i ważne asocjacje. Tak, by może kiedyś obudziły dalsze skojarzenia – chyba taką zresztą ma on funkcję, szybkiego zapisu zdarzeń, wprowadzenia do czegoś, co jest może wypowiedzialne, może nie. Acz – niewypowiedziane.